sobota, 31 października 2015

Kolejny dół po wielkim wzlocie...

Całe szczęście, że już za chwilę północ piątkowa, po wybiciu której zamierzam wstać, ucałować dziecko w czoło i położyć się do łóżka z poczuciem, że oto kolejny tydzień życia zmarnowałem...

Mimo wszystko wciąż wierzę, że uda mi się to jeszcze zmienić. Że nadejdą dni ułożone, przebiegające według planu, wypełnione harmonią od samego rana po późny wieczór. Naprawdę wciąż wierzę, że dam radę. Gdyby nie ta wiara przecież, to chyba bym... no nie wiem dokładnie, co bym, ale coś bym na pewno. Może odpuścił i żył lepiej? A może gorzej? Spokój by się pojawił czy jeszcze większa pustka w każdy piątek wieczorem? Coś mi szepcze skrycie za uchem, że chyba jednak spokój. No bo sami zobaczcie: zero złości, że się nie pobiegało według planu; zero żalu, że się planu w ogóle nie ma; zero smutku, że się nie napisało żadnej strony wymarzonej książki; zero wyrzutów sumienia, że się z dzieckiem nie spędziło więcej czasu... Same zera! A jak są same zera, to nie ma jedynek, które - jak wszyscy wiedzą - źródłem chaosu są największym.

Czytam sobie do kolacji1 wpis mojego (wciąż) idola jeśli chodzi o zarządzanie własnym czasem Krasusa o tym, jak połamał w półmaratonie godzinę dwadzieścia jeden i zastanawiam się czy i mnie przyjdzie kiedyś zebrać dojrzałe owoce mego wysiłku. Nie jakieś tam kwaśne robaczywki, ale najprawdziwsze staropolskie kosztele. Że ukończyłem ŁUT150? No ukończyłem, 130któryś nawet byłem na ponad trzystu startujących, ale czy jest się czym chwalić? Wciąż nie mam planu treningów, wychodzę jak mi się zachce, biegam bez ładu i składu... Że artykuł do ULTRA#2 napisałem? No napisałem, podobno nawet niezły wyszedł, ale czy jest się czym chwalić? Wciąż masa innych rzeczy czeka na napisanie, magisterka sama się nie napisze, książka sama się nie napisze...

Strasznie się dziś i wczoraj czułem. Choć dziś przyznaję lepiej niż wczoraj już było, wczoraj to jakiś kosmiczny wręcz zjazd miałem, od rana czułem coś w rodzaju pękającego świata, jakbym był złotą rybką żyjącą sobie spokojnie w szklanym słoju, który nagle zaczyna pękać pod naporem ciśnienia... I znów na szczęście dla mnie, dobry mój opiekun zareagował na czas po czym zaczął słój sklejać, uszczelniać i wzmacniać. Jeszcze nie mój czas na to, by zdechnąć na dywanie wśród kawałków szkła, rozpaczliwie próbując wyłapać odrobinę tlenu z powietrza...

Do dupy z tym wszystkim...

Przypisy:
1 - kolacje, czyli późne jedzenie w dni, w których nie biegam wieczorem to kolejna rzecz, z którą nie mogę ostatnio wygrać. W ogóle w tym tygodniu wciąż coś jem, usprawiedliwiając się ciągle, że po Łemkowynie muszę dać ciału możliwość regeneracji. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger