czwartek, 8 października 2015

Ultra Kamieńsk - kronika nieprzewidzianej porażki

Miał być trening, a wyszedł... Cóż, w zasadzie skoro po treningu człowiek ledwo chodzi to chyba dobrze, co nie? Nie? No nic, w takim razie było, minęło (choć bolało i łamało mnie wszędzie jeszcze do wczoraj). Chciałbym tylko wiedzieć, co się stało, że już na 30km wlokłem się noga za nogą zamiast spokojnie kończyć w okolicach 5:30…

Za dwa tygodnie Łemkowyna, a ja ledwo ukończyłem kilka dni temu 50 kilometrowe zawody na Górze Kamieńsk. Tak, psia jego mać! Dokładnie na tej kupce ziemi usypanej pod Bełchatowem, którą nakrywa byle czapka z długim pomponem! No dobrze, przesadzam, ale ta górka ma raptem 386 metrów nad poziomem morza, a od poziomu parkingu to niecałe 200! I jak mam się nie denerwować? Owszem, dwieście metrów w pionie to nie pierwsze piętro w bloku i kilka razy trzeba było się tam wdrapać, ale litości!  Za 15 dni czeka mnie prawie 6 kilosów podejść! 

A taki już po Przejściu byłem o tego całego ŁUTa spokojny… 

Przejście! No jasne! Dwa tygodnie to za krótko, żeby się zregenerować. To musi być to. Po prostu wyszło zmęczenie. Trzeba było lecieć pod Bełchatowem jedno kółko, skoro już w ogóle musiałem. Przecież już przy trzecim podejściu wzdłuż wyciągu czułem, że kończą mi się siły. Że organizm prosi o przerwę, o wody więcej (znów, jak na Babiej, za mało zdaje się piłem), że batonika chce, albo i dwa nawet (zbijanie wagi w ostatnich tygodniach też może mieć wpływ na wydolność).

Maciej i ja

Czyli co, już wszystko jasne? Już wiem, dlaczego tak jeszcze do wczoraj czułem mięśnie w łydkach, biodrach i udach? Dlaczego chyba z pół drugiego okrążenia przemaszerowałem jak kijkarz jakiś, któremu na dodatek źli kibole zabrali kijki na samym początku spaceru? Winny memu żałosnemu występowi jest krótki czas regeneracji, odwodnienie i niewystarczająca ilość kalorii w diecie? Oby tak właśnie było, bo ten drugi ja, ten złośliwy fiutek chowający się gdzieś za uszami wciąż mamrocze mi, że to nic z tych rzeczy.  Że po prostu jestem cienias niewytrenowany, pseudoultras, pseudobiegacz i mitoman w jednym. Że choćbym zrobił pod siebie co drugi dzień na środku ulicy to i tak nigdy nie dogonię Maćka, Grześka, Marcina czy choćby swojej M. (z nią to akurat mam problem na crossficie, gdzie dyma mnie jak chce i gdzie chce, podczas gdy po jednej serii leżę bez czucia w kałuży potu). 


No nic, na razie odpoczywam (wczoraj delikatne 6km wieczorkiem) i staram się jeść więcej niż ostatnio. Zobaczymy niedługo, czy się coś zmieni…

Co do samej imprezy, to - pomijając lekki żal i smutne kłucie w sercu (sam kiedyś myślałem o takich zawodach w tym miejscu, ale oczywiście na myśleniu się skończyło) – muszę przyznać, że nie spodziewałem się, aż tak wymagającej trasy. Pierwsze podejście wzdłuż wyciągu i stromy zbieg (żeby zmieścić się w premii czasowej – dobry pomysł orgów, już na dzieńdobry łomot), po którym od razu drugie podejście, ale już nie stokiem tylko ścieżką wśród drzew (nieużywany tego dnia, tor downhillowy), potem jakieś 3,5km łagodnego zbiegu, po którym następowały ponad 4km równie łagodnego, ale jednak podbiegu szeroką asfaltowo-szutrową drogą. Punkt odżywczy na 13km z wodą, colą, rodzynkami i bananami. I zbieg po asfalcie, na którym zacząłem zastanawiać się, gdzie te następne dziesięć kilometrów przyjdzie mi biegać, bowiem kółko które zaraz miałem mieć za sobą, było jedynymi znanymi na tej górze ścieżkami. I dobrze, bo te piaszczyste kilometry, które nastąpiły potem okazały się przygnębiające jak zakończenie Wayward Pines… piach, drzewa, korzeń, piach, krzaki, kamień, piach, zdechły lis, kamień… trudny odcinek już za pierwszym razem, a za drugim przebrnąłem go chyba tylko dzięki Kamilowi, który dogonił mnie gdzieś koło 35km i z którym trzymałem się już do samego końca…

Ultra Kamieńsk 2015 – miejsce 33, czas 6:14:19 (czas 1 okrążenia: 2:41:28). 

Kurtyna w dół!

ultra kamieńsk ultramaraton wykres przewyższenia garmin 310xt






0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger