środa, 4 listopada 2015

Łemkowyna Ultra Trail 2015 - relacja

Nic nie szło przed tym startem dobrze. Nawet za pięć dwunasta stałem jeszcze w kolejce, żeby oddać przepak, o braku snu i nerwach towarzyszących niemal przez cały dzień nie wspominając. A potem, lekko opóźniony, zaczął się bieg życia. I skończył na długo przed metą...


Jeszcze w czwartek przed wyjazdem do Krynicy Zdroju pisałem, że marzy mi się start spokojny. Taki poprzedzony relaksem, wypoczynkiem i spokojem. Bo tydzień przed ŁUTem był koszmarny. Brak snu, ciągle coś do zrobienia, wciąż w plecy z harmonogramem. Jak ja chciałem, żeby choć ten piątek był inny. Wyszło, oczywiście, jak zwykle...

Piątek

...bo ostatnie kilkadziesiąt godzin przed najważniejszym startem tego roku, niczym nie różniły się od poprzedzającego je tygodnia. Poranne opóźnienie i przeciągnięta w nieskończoność podróż spowodowały, że w biurze zawodów byliśmy dopiero koło 16.00. Sprawdzają wszystko?, zapytaliśmy kogoś, kto obok nas wsiadał już po odprawie do auta. Sprawdzają, odpowiedział, wziąłem więc całe pudło, w którym wyposażenie obowiązkowe wrzuciłem w domu razem z całą resztą ubrań i drobiazgów.

BŁĄD!!!

Zamiast bowiem szybko i sprawnie pokazywać czapkę, dwie latarki, dowód folię, bandaż oraz całą resztę, to co chwilę przerzucałem całą zawartość pudła do góry nogami, grzebałem i wściekałem się na własną głupotę. A tak przy okazji: jaki jest sens takiego szczegółowego sprawdzania wyposażenia na pięć godzin przed startem, a potem wpuszczanie do strefy startowej tylko za okazaniem dowodu? Nigdy tego nie pojmę. Czy nie lepiej byłoby na odwrót? Odbieram numer z dowodem, a przed wejściem do strefy startu stoi wolontariusz, który sprawdza, jakie mam na sobie buty, jakie spodnie, kurtkę, każe zaświecić czołówką i pokazać drugie źródło światła...

Ale dobra, mam w końcu numer, Maciek też, pędzimy przez Krynicę według wskazówek dobiegających z telefonu. Późno już, późno, a tyle jeszcze przede mną: odpocząć, zresetować banię, zjeść coś, zasnąć... Jesteś u celu. Jaki k#@!wa cel!? Fakt, stoi jakaś chałupa, ale z tego co pamiętam miał być cały ośrodek. Ktoś się kręci w szopie obok. Przepraszam, którędy do ośrodka Gromada? Z powrotem w dół, pierwsza w prawo, zakręt w lewo i prosto. Jest! Całkiem fajnie nawet, na uboczu, miła pani, fakturka, pokój w domku nr 2, obok nas też jacyś ultrasi, ale gadać nie gadamy, szybko do pokoju, rozbieram się, ale jeszcze przed kąpielą postanawiam ułożyć w kącie wszystko to, co albo na siebie włożę, albo ze sobą zabiorę...

OJAPIE@#^!%*#@LĘ!!!

Kije! Moje nowe kijki, które dzień wcześniej odebrałem z Chin, składane na cztery, pięknie blokowane, nowiutkie (bo stare gdzieś posiałem i znaleźć nie mogłem) zostały w biurze! Nie, to nie może być prawda! Nie, to musi być sen, ja już śpię przed startem smacznie a to tylko koszmar taki, że zamiast odpoczywać to muszę gnać do auta i zasuwać przez pół Krynicy licząc na to, że kijki wciąż leżą tam, gdzie wraz z innymi rzeczami wyciągałem je z pudła w poszukiwaniu baterii...

Były. I kolejna godzina też była, minęła i poszła się... w niepamięć. Ale spoko. Dopiero szósta. Wciąż kupa czasu na sen, kąpiel i jedzenie. Kładę się po siódmej i - o dziwo! - niemal od razu odpływam. Koło ósmej już nie śpię. Maciek też nie śpi, dziecko moje kochane z M. oglądają coś w ściszonym TV. Ale nie tracę nadziei i zamykam oczy. Leżę. Dobra, nie mogę spać, to chociaż spróbuję zrestartować umysł. Wyobrażam sobie start, pierwsze kilometry, kolejne... stąpam lekko, trucht przez ciemny las w świetle czołówki, kilka gwiazd na niebie, błoto, podpieram się kijami na podejściach, zbiegam, odpływam... I wymyślam fabułę książki. Pierwszy dramat psychologiczny z elementami grozy ze światem biegów ultra w tle. Czad! Chcę się zerwać, zapisać to w telefonie, ale zostaję na miejscu. Pomysł jest zbyt dobry, żebym o nim zapomniał...

SOBOTA

Startujemy kilka minut po północy. Truchczemy z Maćkiem w końcu stawki, spokojnie, cieplutko, nie za głośno. Po kilometrze niespodziewanie skręcamy z asfaltu, chwilowy korek, wąskie przejście w las i od razu stromo pod Parkową. Stres, niewyspanie, miasto, życie... wszystko zostaje z tyłu. Wreszcie... ŁUT150 uważam za rozpoczęty...

Życie w świetle latarki umieszczonej na czole jest... inne. Lepsze, ciekawsze. Widać tylko kawałek świata, cała reszta skryta jest w mroku. Maciek narzuca tempo, ja tylko od czasu do czasu oznajmiam mu ilość pokonanych kilometrów i przypominam, że mieliśmy zacząć nieco wolniej. Podejścia podchodzimy, zbiegi i łagodne odcinki delikatnie pokonujemy truchtem. Błota jest faktycznie dużo, już na samym początku zaliczam piękną glebę (Inov-8 Trailoc 255 kompletnie sobie z błotem nie radzą) i zrywam kawałek skóry z palca. Pierwszy punkt osiągamy po trzech godzinach i 22 minutach. Uzupełniam bukłak, piję szybko kilka kubków, jem garść orzeszków i ruszamy dalej. Niby ciepła ta pierwsza noc, ale wystarczy na chwilę tylko stanąć, żeby momentalnie poczuć chłód wciskający się pod wiatrówkę.

Wschód słońca (godz. 7:15) zastaje nas na Wołowcu. 43 km trasy, nogi niosą, ale zaczynam mieć problemy z utrzymaniem koncentracji. Ziewam, gadam coś do Maćka, uważnie wpatruję się w każde miejsce, na którym za chwilę stawiam stopę, ale pragnienie snu robi się coraz większe. Mam wrażenie, że jeszcze chwila i zasnę na stojąco...

Kryzys mija całkowicie tuż przed drugim punktem. Wypadamy z lasu, asfalcik i po drugiej stronie namiocik. GOPR zakleja mi plastrem wuciućkany do białości palec, jem dwie bułki (cudo, nawet z tą okropną pszenicą w środku), ładuję do pełna bukłak i zerkam na Maćka. Kiwa głową, ale prawy achilles mocno już daje mu się we znaki. Przebąkuje też coś o kolanie, że boleć zaczyna, że kłuje... Nic to, żegnamy się po kilku minutach i lecimy dalej.

Kilka minut po godzinie 14.00 mijamy Łysą Górę i połowę trasy. Siły wciąż są, chęci też, wszystko więc wskazuje na to, że uda mi się złamać zakładane przed startem 30h. I to chyba z Maćkiem, który coraz bardziej skarży się na ból. Ale ja znam gościa... rok temu setkę w Krynicy skończył w 15godzin i też na metę wszedł ze sztywnym kolanem. A w tym roku był szybszy o całe dwie godziny, mówię więc - pewien, że i tak skończy się tym, że zostanę sam pod koniec trasy - że spoko, nie wyrywam do przodu i kończymy razem.



Chyrowa. Łagodny choć długi zbieg, kawałek asfaltu i jesteśmy na placu przed Chyrowa-ski. 80km, czas 15:08. Rok temu ruszyliśmy stąd na 70tkę, ależ ten czas leci..., uśmiecham się do Maćka znad talerza z makaronem w warzywach, który co prawda nie powala smakiem, ale przynajmniej jest ciepły. A to coś, czego z kolei brakuje podjadanym przeze mnie po kawałku batonom i ziarenkom od Chia Charge. W ogóle to chyba dobry moment na uwagę, że jak nigdy pilnuję na tych zawodach regularnego picia, jedzenia i łykania saltsticków. I są efekty. Wciąż nie odczuwam praktycznie żadnego zmęczenia mięśni, nogi wciąż mam takie, jakbym zrobił co najwyżej bardzo intensywną dyszkę po parku. Jest moc!

Jeszcze przed bezsmakowym makaronem zmieniłem koszulkę i pierwszą warstwę. W buty i majtki nawet nie zaglądałem. Nie było potrzeby. Może i stu ultra za sobą nie mam, ale wystarczająco dużo, by wiedzieć, że na bank w jajkach i śródstopiu mam zero otarć czy odcisków.  Za to korzystając z przepaka uzupełniam na wyrost żarcie i zabieram bluzę z długim rękawem. Nie wiem co prawda czy się przyda, ale miejsce mam, ciężka nie jest, a ja czuję się tak, że mógłbym jeszcze przyczepić sobie ze dwie opony...

I znów w trasie. Nawet fajnie się idzie, bo podchodząc pod Chyrową mamy słońce w plecy i cieplutko się robi tak jakoś,  milutko, brzuszki pełne... I biegniemy nawet przez kilka kilometrów lasem po stosunkowo płaskiej ścieżce na zboczu Kamiennej Góry. 

Ciemność dopada nas na podejściu pod Cergową. Jeszcze tylko z całych sił wytrzeszczając oczy docieramy na szczyt i wyciągamy czołówki, co i tak nie zmienia faktu, że to chyba najgorsze miejsce do przejścia w tryb nocny. Niemal równo z odpaleniem naszych chińskich diód zrywa się bowiem przeraźliwie zimny wiatr, w niczym nie przypominający całkiem przyjemnego zefirku sprzed doby. Szybko wyciągam bluzę i dokładam cienką wiatrówkę, grubą kurtkę zostawiając na gorsze chwile, choć przez co najmniej kilka minut jestem przekonany, że gorzej być już nie może...

Dłuższy kawałek asfaltu przed wsią Lubatowa. Przed nami widać pierwsze światła domów i latarń. Za nami przepiękny widok czarniejszej od nieba, wydłużonej Cergowej, na której błyskają co chwilę światełka goniących nas zawodników. We wsi wchodzimy do wciąż otwartego marketu. Wciąż? Faktycznie dopiero dziewiętnasta dochodzi, a nam przed chwilą na tym asfalcie pod gwiazdami i księżycem wydawało się, że to już północ co najmniej. Baterie paluszki są?, pytamy, a w ogóle niezdziwiona naszym ubłoconym i zmęczonym widokiem Pani próbuje przez chwilę wmówić nam, że jakieś pomarańczowe nołnejmy lepsze są od duracell extra long power.

I wreszcie pęka setka. Za nami dwadzieścia godzin, przed nami Iwonicz-Zdrój, na którego samo wspomnienie cały ostatni rok marzły mi dłonie. Tymczasem temperatura zdaje się nieco podnosić zamiast spodziewanego spadku w okolice zera bezwzględnego. Słyszysz?, pyta nagle Maciek, na co ja gestem tylko wskazuję na brak elektronicznego ucha. Jakaś impreza chyba jest, wyjaśnia i po kilku minutach nawet ja zaczynam słyszeć jakiś bęben, muzykę i drącego się faceta. Faktycznie, jakaś grupa roześmianych świrów wita nas w amfiteatrze, do którego zachodzimy od ulicy, przepisowo, patrząc potem jak barany na tych, co po nas już pakują się przez trawnik, oszczędzając co najmniej 200 metrów trasy. Kawka, kanapka, ciastko, bukłak do pełna i kilka kubków wprost do żołądka. Odchodzimy, powoli nabierając rozpędu przez uzdrowiskową mieściną, w której tętni sobotnio-jesienne życie. Tu dyskoteka, tam grupa rozchełstanej młodzieży, pozdrawiająca nas - o dziwo - bez głupich żarcików i śmiechów. 

W Rymanowie-Zdroju tak mocno podziwiamy ślicznie oświetlony kościół, że dwieście metrów omal nie przegapiamy skrętu w prawo. Przed nami 12km do następnego punktu, krok za krokiem, drzewo za drzewem, cień za cieniem. Ale idziemy, czasem nawet truchcząc trochę - wciąż czuję się wybornie, nogi oczywiście czują już te stodziesięćniemal kilometrów, ale wciąż mogę w każdej chwili zerwać się do truchtu, wciąż też mam na chęci na płaskich odcinkach, ale nie szalejemy, żeby Maciek mógł dociągnąć do mety. Coraz bardziej bolą go odciski na stopach i achilles, przez który wszystkie zejścia zmieniają się w wolne stawianie każdego kroku.

Na drodze za Wisłoczkiem zakończyłem definitywnie bieg rok temu (TU relacja z ŁUTa2014). Tym razem wypadamy na drogę i choć w nogach mam już ponad 110km to chętnie nawet puściłbym się biegiem, byle szybciej do PK dotrzeć. No ale Maciek i asfalt robią swoje, strach trochę nogami walić w takim stanie o twarde... Idziemy więc w świetle księżyca ze zgaszonymi latarkami i nagle dopada mnie taki kryzys, że zaczynam zasypiać na stojąco. Idąco właściwie, bo co chwilę odpływam, wciąż jednak stawiając kolejne kroki. I chyba nawet nie zamykam oczu! Nagle staję jak wryty i sięgam ręką do czołówki. Kładka!, mówię. Jaka kładka? No ta, co tu była przed chwilą. Kładka z bali i woda. Stary, mówię Ci, że jeszcze pięć sekund temu widziałem w tym miejscu kładkę...

Na zwidy nie pomaga nawet przeraźliwy ziąb, który dopadł nas przed Puławami Górnymi. Krótki stop i wyciągam z plecaka kurtkę. To już czwarty długi rękaw, a czuję, że przydałyby się jeszcze ze dwa. Lub jeden suchy pod spód, ale porządny jakiś, merino czy cós... Ale i tak jest bosko, choć walka ze snem o każdy krok mija dopiero przy ostrej zupie dyniowej i drugim kubku kawy, do których siadamy niemal równo z wybiciem północy.

NIEDZIELA

Druga noc. Zwidy są, choć numer z kładką (chodzi o intensywność i poziom realizmu) już się nie powtarza. I jakoś tak szybciej zaczynają kilometry nam mijać. Nie czasowo oczywiście, szansa na złamanie 30 godzin ucieka nam niestety sprzed nosa, ale w pewnym momencie liczy się już tylko dotarcie do mety. Trzy minuty przy ognisku z kubkiem gorącej herbaty i dalej w drogę. Ta grań od szczytu Skibce, przez Smokowiska i Wilcze Budy, aż do Tokarni mija nam w niemal całkowitej ciszy. Gałęzie układają się w jakieś dziwne sylwetki, duże głazy w samochody, a mnie dopada kolejny kryzys. Tym razem zmęczenie, nogi przestają wyrywać do przodu i muszę zwolnić tak bardzo, że chwilami tracę z oczu czerwone światełko na plecaku Maćka. Grobowy nastrój pogłębia jeszcze gasnąca czołówka, ale nie chcę się zatrzymywać. Wciąż widzę szczegóły trasy, a to teraz jest najważniejsze. Uparcie wbijam chińskie kijki w ziemię, odpycham się i prę do przodu. Podganiam trochę truchtem i znów marsz, podganiam i marsz, podganiam...

Ostatni punkt w Przybyszowie. Rok temu naprawiałem tu kamieniem zepsuty kijek, delikatnie stawiałem nogę z opuchniętą kostką i miałem wszystkiego dosyć. Teraz przy koli i gorącej herbacie odżywam. Zmieniam baterie w czołówce i wściekły ruszam w pogoń za Maćkiem, który zamiast czekać na mnie, ruszył dalej sam, w dupie mając moje zmęczenie, ustalenia o wspólnym dojściu do mety i całe to przyjacielskie gadanie...

I chyba ten wkurw straszny, pogłębiony z pewnością przez zmęczenie, spowodował, że kryzys mija błyskawicznie. Podrywam się z turystycznego fotelika, żegnam i niknę w mroku. Doganiam drania już na początku podejścia pod Spaloną Górę, ale nie zrównuję się z nim, trzymam z tyłu, kontroluję odległość, w dupie z takimi kumplami, psia jego mać, kolega się znalazł, nawet jak się zatrzymuje i ogląda na mnie to ja też w tych chwilach zwalniam, albo poprawiam stuptuty, albo patrzę w niego i gwiżdżę ostentacyjnie...

I tak mija nam kilka następnych kilometrów, mija Wahalowski Wierch, ostatnia góra, za którą już tylko pole, las i Komańcza. Pole... połonina, chyba tak to się tutaj zwie, wiatr jest taki, że zrywa kaptur, zmieniam więc kolejność, najpierw kaptur potem buff. Jest lepiej. I nawet dłonie przestają mi marznąć, choć połączenia za nic nie mogę odkryć... I nagle okazuje się, że idziemy przez to chłostane zimnym wiatrem pole ramię w ramię, i że chcąc nie chcąc zaczynam odpowiadać na rzucane pytania, podgoniliśmy, co?, nie masz mi za złe?, nie chciałem siadać, nogi mam już jak z waty, bolą mnie stopy, boli kolano, boli achilles, chcę już dość tylko, zdobyć tę bluzę i położyć się do wyra, a ty... ty wiedziałem, że jesteś w stanie mnie bez problemu dogonić i że to zrobisz, słabnę już, szybciej nie dam rady, jak chcesz to ciśnij, ja jakoś dokuśtykam już stąd, dzięki, że zostałeś, ale naprawdę, jak chcesz to ciśnij...

Zostałem. Złość dawno mi już minęła, spojrzałem na wszystko z innej strony, innymi oczyma, spod innego kaptura zerknąłem na nasze dwie sylwetki, zmierzające właśnie ku ognisku i małemu namiocikowi, przy którym stoją dwie opatulone w grube kurtki postacie... Już niedaleko, 800 metrów i las, powodzenia, życzy nam ta dwójka, a idziemy dalej, pewni już i tak, że skończymy, choć żaden z nas nie pamięta, jak ten pieprzony las się dłuży, jak pełen jest błota i jak ciężko idzie się wypatrując oczy w poszukiwaniu prześwitu, zejścia w dół, które akurat zapamiętałem...

W końcu jest, w bladym już świetle poranka widzę, że ścieżka opada, schodzę w dół, jest i asfalt, skręcam i widzę M., która wyszła nam naprzeciw, buziak, a gdzie Maciek?, idzie, idzie, czekamy kilka minut, pojawia się i w trójkę już przechodzimy pod wiaduktem. Prosty odcinek. Co chwilę oglądamy się za siebie i nagle widzę to, czego w sumie oczekiwałem. Spod wiaduktu wyłaniają się dwie sylwetki i zaczynają nas gonić. Patrzę na Maćka, dasz radę?, pytam, nie dam, sory, leć jak chcesz, ale przyśpiesza kroku, skręcamy, to już naprawdę ostatnia prosta, jakieś pięćset metrów, przez chwilę tamtych dwóch nie widać, choć ja przestałem się już oglądać, trudno, wyprzedzą nas tuż przed metą, zaczynam więc godzić się z tą gorzką pigułą, którą na sam koniec przyjdzie mi przełknąć. Ale coś w Maćku pęka i nagle stwierdza, że chyba przecież bardziej już go bolało nie będzie, prawda i oto nagle zaczynamy truchtać, tak kurwa, biegniemy, pędzimy, w końcu, tyle kilometrów czekania i już widać ten plac z metą, już wiem, że nikt nas wyprzedzi, że oto koniec...

Czas: 31h05:19,4, miejsce 137

Jeszcze tylko medal, bluza, pierogi i godzina spania. Budzę się sam i szybko zbieramy się z pokoju, żeby zobaczyć jeszcze dekorację najlepszych...


Dodaj napis








2 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger