wtorek, 3 listopada 2015

Łemkowyński katar z kaszlem

Tego się nie spodziewałem! Sprawa jest nawet tak poważna, że postanowiłem przerwać marnowanie kolejnego poranka i opisać ją ku pamięci. Ba, przestrodze nawet, choć szczerze nie mam pojęcia, jak mógłbym zaradzić przewianiu, wychłodzeniu i zmęczeniu podczas 150-kilometrowej podróży przez Beskid Niski...

Stało się. Moja mityczna już niemal i legendarna odporność wylądowała w końcu w koszu. Od tygodnia kaszlę i leci mi z nosa. Do przedwczoraj kaszel był raczej suchutki i pojawiał się głównie wieczorem. Katarek sporadyczny, ot kilka dmuchnięć w naprędce urwany papier toaletowy rozwiązywało sprawę. Ale przedwczoraj rano wszystko zmieniło się niczym w końcówce Szóstego zmysłu. Otworzyłem oczy i już miałem odkaszlnąć sobie suchotniczo nocne mary, gdy poczułem, że od tylnej ścianki gardła odrywa się jakaś klucha mokra i wpada sobie w głąb przełyku... I z nosa zaczęło mi lecieć więcej i częściej. Pustynia zmieniła się więc w błoto, co nawet odpowiada temu, przez co się to wszystko przyplątało. ŁUT150 wypełniony był przecież błotem, wodą i przejmującym chłodem. Do dziś przecież, na wspomnienie tego, co działo się w sobotę wieczorem na drodze do Puław Górnych, robi mi się zimno i zaczynam rozglądać się za jakimś grubym swetrem. Albo ta końcówka po połoninie za Walahowskim Wierchem, na której wiatr niemal zrywał chustę z głowy... Cztery długie rękawy, mocny marsz, a i tak czułem chłód na plecach.

Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym nie zdecydował się jednak na zabranie tej kurtki najka, w której w normalnych warunkach zaczynam się gotować po pięciu minutach biegu (i w której, co trudno mi sobie teraz wyobrazić, biegałem na początku swojej kariery - dowód na zdjęciu jest w TYM wpisie). Musiałbym chyba biec, żeby nie zamarznąć... ejże, czyżby to był dobry sposób na dodatkowego kopa? Zamiast grubszej kurteczki zapraszamy do truchtu! Czas lepszy na kilometrze o co najmniej cztery minuty, czyli w godzinę zamiast pięciu, zrobi Pan siedem, liczyć dalej ile daje to zysku na takiej Łemkowynie? Nie, sam Pan policzy? Proszę bardzo, ale musi Pan obiecać, że dwa razy się Pan przy kolejnej okazji zastanowi zanim pójdzie na łatwiznę...

Dobra, dobra. Nie takie to wszystko proste niestety, ja przed tymi Puławami Górnymi byłem akurat w trakcie lekkiego zjazdu w dół, miałem zwidy i bieg to była ostatnia rzecz, która przychodziła mi wtedy do głowy.

Uciekam do innych zajęć. Łyknę jeszcze tylko łyżkę czystego do analizy kwasu l-askorbinowego i spadam. W sobotę znów bieganie. GEZNO znaczy. Z M.! razem w timie startujemy! Żebym tylko siłę miał pod te góry się ładować, bo przewyższenia nieliche się szykują...

Cześć dzienniczku!

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger