środa, 11 listopada 2015

Uległość i koła - jak uporządkować chaos

Co jest moją największą wadą? Nerwowość, nieumiejętność odpowiedniego wykorzystania czasu, brak... A może wyobraźnia połączona z inteligencją na poziomie wystarczającym, by rozumieć,  że nie pasuję do otaczającego mnie świata? Że jestem tylko obdarzonym rozumem trybikiem w czyjejś maszynie do robienia pieniędzy?
W nowym Houellebecq'u przeczytałem wczoraj taki oto fragment:

I dlaczego w ogóle życie ma mieć sens? Wszystkie zwierzęta i miażdżąca większość ludzi żyje bez najmniejszej potrzeby sensu. Zgodnie ze swoim rozumowaniem żyją, bo żyją, ot i wszystko; zapewne umierają, bo umierają, i na tym kończy się ich analiza.

A mnie ten sens dosłownie roznosi na strzępy! Widzę go, chcę go dogonić i oswoić, żeby trwał przy mnie niczym pies wyciągnięty ze schroniska, ale jakoś nie mogę...

Problem w tym, że najbardziej na świecie nie chcę być tylko inteligentną mrówką, która mimo wewnętrznego głosu szepcącego, że coś jest bardzo nie tak z tym ślepym słuchaniem się stada, nie może się zmusić, żeby skręcić w inny niż wszyscy korytarz... Nie potrafię wyrwać się z szeregu milionów innych insektów, wstających co rano, patrzących w lustro, myjących zęby, ubierających się zgodnie z zasadami, wychodzących do pracy, wykonujących polecenia nielubianych ludzi, wracających do domu, siadających, włączających telewizory i oglądających to gadające gówno...

Tylko czy ja na pewno idę potulnie w szeregu? Chyba nie, co stwierdzam po chwili patrząc na siebie z boku. Przecież nie mam normalnej pracy, nie wstydzę się przyznawać do swoich długów, zrobiłem sobie na szyi tatuaż. Robię to, co naprawdę mam ochotę, pracuję tam gdzie chcę, choć nie przynosi to kroci i nigdy nie będę miał mercedesa stojącego pod olbrzymią willą. Ale ja tego auta i domu nie chcę mieć w wyniku znienawidzonej pracy, lat stresu i lizania dupy innym, którym się wydaje że są ważniejsi. Albo którzy są ważniejsi, bo tak twierdzą miliony idących w szeregu robotnic i robotników...

Houellebecq wieszczy nadejście Islamu, ja zaś wieszczę swoje załamanie, jeśli jeszcze kilka lat spędzę w tym samym miejscu. Co robić, żeby tego uniknąć? Ułożyć plan? Chciałbym mieć swój pokój, w którym mógłbym na jasnej tapecie wymalować cztery wielkie koła, oznaczające cztery części mojego życia. Te najważniejsze, te, które chcę rozwijać, w których chcę osiągnąć sukces. I w tych kołach umieścił bym mniejsze koła: etapy. Mógłbym na to wszystko patrzeć każdego dnia, dopisywać, skreślać, poprawiać, łączyć w pary, zmieniać... A przede wszystkim realizować, krok po kroku, etap po etapie, punkt po punkcie...

Ściany, ani tym bardziej pokoiku nie mam, musi mi więc wystarczyć tabelka w excelu. I co, myślisz, że jedną tabelką uporządkujesz cały ten swój wewnętrzny burdel?, szepce mi od razu gdzieś w głowie ironiczny głosik. Może nie, odpowiadam, ale przynajmniej się staram. Robię coś ciągle, choć doprowadza mnie to chwilami do szału, dociska do ziemi, do poduszki, do prześcieradła. Ciąży na klatce piersiowej, zatyka gardło, powoduje, że myśli ulatują za mnie jak powietrze z przekłutego balonu... Zbyt dużo chciałbym, zbyt ciężko mi to poukładać.

Najważniejsze są priorytety. Te cztery koła właśnie, choć i one muszą mieć swoje poziomy ważności, bo co chwilę zdarzać się będzie, że jedno koło zajdzie na drugie koło i trzeba wybierać. Wiedząc z góry, że koło A ważniejsze jest od koła B, odpada stres związany z wybieraniem. A i kropka. Zero tracenia czasu na zastanawianie się, kombinowanie, nerwy... Robisz jedno, to ważniejsze, i dopiero zabierasz się za drugie. Nie ma już czasu? Trudno, czas nie guma od majtek, nie rozciągniesz, ale przynajmniej kładziesz się spać z poczuciem, że poświęciłeś się czemuś, co było naprawdę ważne. Jak lekcje z dzieckiem. Wieczór był przedwczoraj, a ja przez chwilę siedząc z nim nad lekcjami poczułem ukłucie irytacji, że tak wolno to idzie, że zamiast tego mógłbym pisać pracę magisterską, albo co innego robić, bo "czegoś innego" do roboty nigdy mi nie brakuje. I ku memu zdziwieniu nagle przyszła mi do głowy myśl, żebym się nie ważył czasem na dziecko swoje wściekać za to, że wolno idzie mu wymyślanie zdania, że przecież nie każdy musi wyrzucać z siebie słowa z szybkością rosyjskiego karabinu maszynowego, że to tylko maluch, że to syn jedyny i że to jest właśnie koło moje najważniejsze z ważnych, że nic nie jest od niego ważniejsze, ani bieganie, ani pisanie książki, ani Chia Charge, ani ja sam nie jestem ważniejszy od tego dzyndzla, który męczy się obok nad kolejnym zdaniem...I nagle nerwy minęły, stres zniknął, a ja skupiłem się tylko na spokojnym podpowiadaniu...

Oby teoria ważności kół przyjęła się już na dobre!

2 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger