czwartek, 3 grudnia 2015

Droga na szczyt - ani chwili oddechu

Jeżeli ostatnie dwa lata były odbijaniem się od dna i rozpoczynaniem wędrówki ku szczytom, to następny jak nic zapowiada się na coś w rodzaju rozbijania ostatniego obozu, z którego - po krótkiej, mam nadzieję, aklimatyzacji - rozpocznę w 2017 roku atak szczytowy :)

Od dawna wydawało mi się, że sekret udanej starości tkwi w nieśpiesznym przejściu przez życie, z jak najmniejszą ilością stresu. Stresu unikałem przeto jak mogłem, starając się ignorować przeszkody i pułapki. Nie zawsze wychodziło, czasem wybuchałem niczym przytkany wulkan i roznosiłem w pył albo rodzinny spokój, albo uśmiech mojego dziecka, albo atmosferę w pracy. I co z tego, że erupcja kończyła się błyskawicznie, a lawa zastygała w kilkadziesiąt sekund, skoro popiół pokrywał wszystko szarą skorupą jeszcze przez wiele dni? Są sceny, których już chyba nigdy nie zapomnę...

Dwa tygodnie temu szanowna komisja ds. niepełnosprawności przedłużyła mi o kolejny rok umiarkowany stopień niepełnosprawności. Cieszę się, bo dzięki temu przedłużą mi też na uczelni stypendium i zostanę magistrem krytykiem kultury współczesnej praktycznie za darmo. Jak wytrzymam...

Szuflada pełna leków nie pomaga. Pomaga za to bieganie. I praca. Biegam więc i pracuję. I tak codziennie. Albo wychodzę styrać się na treningu, albo siadam przed komputerem i wystukuję swoje pragnienia, marzenia oraz myśli. Wciąż za darmo, wciąż za dobre słowo i wciąż z nadzieją, że kiedyś to wszystko zaprocentuje. Że z spisania spłacę długi, zapłacę rachunki i zabiorę rodzinę na długie wakacje. Takie bez komputera, bez cywilizacji, bez pośpiechu...

W ULTRA#2 ukazał się mój artykuł. Nie lubię tego. Kończyłem w pośpiechu, zbyt długo oczywiście zwlekałem i wyszło miejscami nieporadnie. Szkoda. Wszystko wskazuje jednak na to, że mam szansę tę wpadkę poprawić. Do ULTRA#3 chcą tekst kolejny. I znów odkładam. Czemu tak się dzieje? Przecież to właśnie jedna z tych szans, prawda?

Gotowy do Biegu ma zaporową, jak na mój gust, cenę, choć treść wydaje się być tego warta. Mam kilka egzemplarzy, muszę sobie choć jeden zostawić. Na pamiątkę dla mnie, dla O., dla którego może to kiedyś być jedyna po mnie pamiątka. Patrz synku, powie kiedyś do swojego syna, dziadek tę książkę tłumaczył...

Trenuję. Nie jest to jeszcze "trening" taki książkowy, taki Krasusowy chociażby, ale już już coś tam się pojawia i mam nadzieję, że mimo spiętrzenia spraw oraz obowiązków, będzie tak przez całą zimę, wiosnę i następne lato. Mam bowiem plan! Biegam w poniedziałek wieczorem (bieg tempowy lub interwały), w środę wieczorem (trening DOZ - wczoraj 3x5km w tempie 4:40, choć przerwałem ostatnie kółko z obawy, że za dobrze mi idzie), w piątek wieczorem (podbiegi na Rudzkiej górze) i w niedzielę też rano (dłuższe wybieganie). I zapisuję to wszystko - pierwszy raz w biegowym życiu robię notatki, spisuję z zegarka kilometry, puls i chyba nawet ważyć się zacznę...

Nie obgryzam paznokci nie dlatego, że Andepin czy inne chemiczne świństwo tak dobrze działają, ale dlatego, że nie mam czasu. Jadę autem słucham audiobooka, klepię w klawiaturę, biegnę, czytam... wciąż coś do zrobienia, choć wydawałoby się, że w mojej sytuacji powinienem cały czas leżeć, patrzeć w sufit i gryźć palce. I czasem tak się właśnie czuję, że nie walczę o przyszłość, ale leżę gdzieś głęboko zawinięty pod kołdrą, szlocham, a to wszystko wokół jest tylko moim wyobrażeniem...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger