czwartek, 31 grudnia 2015

Wpis tygodniowy, czyli końcówka roku w kilku odsłonach

Skąd pochodzi ta ciemna moc, powodująca, że jak tylko budzę się przytłoczony ciężarem przyjętych zobowiązań to siadam i piszę coś na bloga? Jest sobota rano, od kilku dni światem rządzą Gwiezdne Wojny, politycy udowadniają po raz kolejny, że mają ludzi coraz głębiej w dupie, za chwilę święta, a ja po otwarciu oczu zaczynam drżeć ogarnięty nagłą paniką, choć jeszcze wczoraj cały wieczór podśpiewywałem sobie pod nosem jakiś wpadający w ucho refren...


Powinienem właśnie biegać. Nie udało mi się zrobić tego wczoraj wieczorem, ominęła mnie Rudzka Góra, ale musiałem w końcu zebrać siły i przeprowadzić dwie rozmowy telefoniczne do artykułu o wolontariacie dla Ultra. Skąd ci ludzie biorą siły, czas i energię? Jak to się dzieje, że w życiu jakoś im wychodzi? Przecież chyba nie budzą się co jakiś czas z uczuciem wciśnięcia w podłogę przez podwójną warstwę ołowianej kołdry? A może budzą? Przecież gdy popatrzy się na mnie, szczególnie w tych momentach, w których uśmiecham się, rozmawiam, działam, to pewnie też słowa takie, jak "problem", "choroba psychiczna" czy "stres" są ostatnimi, które przychodzą na myśl...

Pewnie zaraz się ubiorę i pójdę zrobić ten trening. Dwa, trzy kilometry rozgrzewki i dziesięć razy czterysta...

I znów umieszczony gdzieś w genach bałagan życiowy kazał przerwać mi pisanie. Jest 21:25, właśnie na chwilę wróciłem do domu po ślubie najlepszego kumpla, przebrałem się i za chwilę wychodzę na Przebudzenie Mocy. Oczywiście nic nie napisałem, nic nie potłumaczyłem cały dzień, ale raz, że ślub przyjaciela za często się nie zdarza, a dwa, że i tak dam radę ze wszystkim! I zapewniam sam siebie, że ta zmiana nie jest kolejnym dowodem na zjadającą mi mózg chorobę afektywną dwubiegunową, ale raczej przekonaniem, że skoro ktoś chce wziąć 400 tysięcy kredytu na budowę domu (który będzie spłacał przez 30 lat po dwa tysie co miesiąc) i żyć, to czym ja się mam przejmować? Przecież moje nagromadzenie spraw potrwa jeszcze tylko kilka miesięcy, a nie resztę dorosłego życia. (Nie żebym nie zamierzał już nigdy pisać artów czy tłumaczyć książek, ale na studia już mnie nikt nie namówi.)

Wracając na chwilę do biegania. Cieszę się, że nie odpuszczam. Że tydzień w tydzień trenuję, robię akcenty i przy okazji też postępy, choć dzisiejsze interwały niespecjalnie mi wyszły. Ale za to trzeci może raz użyłem garmina do czegoś więcej niż tylko rejestracja tempa, dystansu, czasu i tętna. Trening był zaplanowany na stronie Garmin Connect, wgrany i uruchomiony. 20 minut rozgrzewki i 10x400 w tempie 4:00-4:05, które utrzymałem tylko przez pierwsze trzy powtórzenia, potem pruł mi się nadgarstek co chwilę żebym przyśpieszył, co starałem się robić, aż w końcu przestałem patrzeć na wyświetlane ponaglenia i stosowałem się tylko do dystansu. Przy dziesiątce miałem wrażenie, że wlokę się z 5:30/km, ale po sprawdzeniu wyszło, że 4:28. Źle? Dobrze? Nie wiem, nie mam za bardzo z czym porównać, powtórzę ten trening za dwa tygodnie i wtedy porównam, czy jest jakiś postęp. Bo coś mi te krótkie interwały nie za bardzo do gustu przypadły. W zasadzie ciągle zegarek miał mi coś do powiedzenia. A to zwolnij, a to przyśpiesz, a to cieszył się, że jestem w zadanej strefie. Nic tylko patrzeć co chwilę, o co mu tym razem chodzi zamiast cisnąć, walczyć i przeć do przodu. Chyba lepiej to się sprawdza na jakichś osiemsetkach i dłuższych, kiedy tempo jest mniejsze i łatwiej je stabilnie utrzymać. Jutro trening z Formą, w planach min. 15 spokojnych kaemów, choć chciałbym dobić do dwudziestu przynajmniej. Niedziela, więc "stracony" na bieganiu czas odrobię później pisząc teskt o wolo...
Jakaś tam przełęcz w drodze na Skrzyczne

Zacząłem pisać ten wpis w sobotę rano, potem wieczorem, a ten akapit piszę w... czwartek. I tak dobrze, że w ogóle o nim pamiętam i chcę dokończyć, choć nie będzie o wszystkim o czym chciałem napisać. Nie opiszę opiszę więc wypadu z Adamem na Skrzyczne, tych 16km podczas których co najmniej trzy razy zmieniliśmy strefy klimatyczne, nie będzie też wszystkiego o życiu prywatnym. O części drobnych spraw zwyczajnie nie pamiętam, o innych nie mam już czasu napisać...

Rekord! Wpis zaczęty 19 grudnia, kończę... 31! Tak, dziś Sylwester, nigdzie nie idziemy, choć blisko było żeby spędzić tych kilka dni nad morzem. Pieniążki kochani, pieniążki. Trzeba wybierać, jak się ich nie ma... Siedzę więc i zbieram się, żeby potłumaczyć trochę jeszcze w tym starym roku, jeszcze przed północą, którą chyba spędzimy stojąc gdzieś na dworzu i patrząc na darmowe fajerwerki dla mieszczaństwa i pospólstwa odpalone przez Manufakturę albo Furmana (jeszcze nie zdecydowaliśmy). I film jakiś obejrzymy potem, Tarantino ostatniego albo Lobstera (też jeszcze nie zdecydowaliśmy), podczas gdy duża część ludzkości bawić się będzie, a jeszcze większa (chyba) cieszyć się, że w ogóle tej nocy doczekała...

Jedno z marzeń :)
Na fejsbuku wszyscy podsumowują ostatnie 12 miesięcy, życzenia ślą i składają sobie wzajemnie samych dobroci, szczęśliwości i miłości życząc, i tak zastanawiam się ile z tych osób robi to naprawdę szczerze, ile na pokaz tylko, licząc potem lajki i przeliczając je na złotówki czy darmowe podarki od firm w dupie mających ich (tych osób) prawdziwe zdanie, tylko też przeliczających każdy taki gifcik na złotówki i lajki...

Dobrze mi się biega, dobrze pracuje, dobrze śpi i dobrze słucha dziecka, gdy z pasją opowiada o jakimś mieczu ninja, nowym osiągnięciu w grze na tablecie, czy niezwykłym sposobie na urwanie głowy zombiakowi. I Achillesa udało mi się zwalczyć w zarodku, ale o tym cicho sza, bo nikomu słowa nie powiedziałem, bo ja przecież taki niezniszczalny się zrobiłem, więc jak to?!, mnie też boli? niesłychane... na szczęście tylko dzień czy dwa czułem coś nad lewą piętą, ale rolowanie wałkiem i nakłuwanie aplikatorami dr Lyapko momentalnie mnie wyleczyło. Ale stracha miałem już konkretnego, bo przecież za miesiąc Zamieć! Z tej okazji zrobiłem przedwczoraj rano trening siły, przysiady i wykroki z hantlami, w domu, przed telewizorem, na którym pierwszy odcinek drugiego sezonu Fargo sobie leciał...

Tak sobie myślę, że ja też podsumuję coś jutro, może pojutrze, dodam słów kilka o planach i marzeniach, co bym chciał najbardziej, co mnie, a czego wcale.

Dobrej zabawy temu, kto się bawi, całej reszcie spokoju, szczęścia i dostatku!

O pierwszym w tym sezonie morsowaniu zapomniałem napisać! :)


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger