czwartek, 14 stycznia 2016

Dlaczego biegam, Kamieńsk i dzień sentymentalny

W niedzielę znów zostałem sponiewierany przez Górę Kamieńsk. Fatum? Może, w każdym razie już jadąc tam skoro świt zastanawiałem się, dlaczego to robię. A dziś przesiedziałem pół dnia przy radiu ustawionym na Złote Przeboje i średnio raz na pół godziny czułem gdzieś pod sercem bolesne ukłucie nostalgii za bezpowrotnie zmarnowaną młodością...

Bieganie. Jak postanowiłem tak robię. Nie odpuszczam. W piątek łódzkie Popioły, szybkie tempo, 13km, wieczór, śnieg grząski i mokry. Trochę mocno wyszło, ale tak sobie pomyślałem, że do niedzieli zdążę się zregenerować. W sobotę zjazd na uczelni, znów dół, znów uczucie, że głąb jestem, że wiedzę mam o literaturze mizerną, że boję się pisania pracy magisterskiej, a siedzi naprzeciwko mnie kobieta, co swoją napisała w tydzień (materiały miała już zebrane) i dostała szóstkę od wymagającego profesora starej daty (czyli takiego, który by dziewięciu z dziesięciu dzisiejszych studentów najchętniej wyrzucił z sali), i która opowiada mi z dziecięcą pasją o przełomie kulturowym, o roli przestrzeni, o strukturaliźmie i rosyjskim formaliźmie, a ja siedzę jak cielę i kiwam od czasu do czasu głową, choć nie pamiętam już połowy z tego, co przed chwilą usłyszałem... Pewnie uda mi się tym magistrem zostać, ale czy to wszystko warte tego stresu teraz? Też mi się na stare lata zachciało...

W niedzielę budzik zerwał mnie o szóstej rano, ciemno, zimno, najgorsza dla mnie pora dnia i roku. Wkładam rzeczy biegowe, które naszykowałem wieczorem, odgrzewam w mikrofali jajecznicę, parzę kawę w kubku termicznym i staję w kuchni przed oknem. Po co? Dlaczego zamiast spać więcej niż pięć godzin to wstaję, wsiadam do samochodu i jadę przez godzinę, żeby pobiegać po usypanej przez elektrownię olbrzymiej hałdzie? Nie mam przecież nic z tego. Ani pieniędzy, ani satysfakcji, ani przyjemności nawet, bo muszę wyjść na mróz, zeskrobać szron z szyb i czekać, aż się samochód jako tako nagrzeje. Czyżbym chciał zostać mistrzem Polski w ultra weteranów? W innej kategorii nie mam już szans, a bieganie dla samego biegania pozbawione jest kompletnie sensu. Znaczy chodzi mi o takie dystanse i takie pory dnia okropne, bo dla zdrowia to wyszedłbym sobie po obiedzie na godzinny truchcik, a nie teraz, o szóstej rano zarywał nockę, bo położyłem się przed pierwszą. I siedząc już w aucie, i patrząc na ulicę oświetloną żółtawym światłem latarni też wciąż się nad tym zastanawiałem. Czy jest w moim konkretnym przypadku sens tej sytuacji? Czy dobrze robię? I nawet przez króciutką chwilę miałem zawrócić, wysiąść i wrócić pod kołdrę, dospać ze dwie, może nawet i trzy godziny, a potem potłumaczyć trochę, zjeść obiad i znów potłumaczyć. Ale w końcu coś zwyciężyło (piszę coś, bo nie wiem dokładnie, co to coś jest, na pewno nie rozsądek, nie chęć przeżycia przygody, nie żądza seksu czy inne takie) i pojechałem, zajechałem i znów dostałem w dupę. Osłabłem, zwolniłem i już na 14 chyba kilometrze, na długim podbiegu musiałem (wróć! nie musiałem, ale psycha mi pękła), a więc na długim podbiegu kawałek maszerowałem i dogonił mnie starszy jakiś pan ultras nawet. Ale w sumie dostałem to, po co pojechałem. Łomot na podbiegach i ból mięśni na drugi dzień. Do Zamieci trzy tygodnie, siedem kółek w planie minimum, co nie wydaje się (jeśli chodzi o dystans) wyczynem, ale tam nie nogi będą o tym decydować, a moja głowa i pogoda, a jak wiem te dwie rzeczy są nieprzewidywalne. Chociaż z drugiej strony, to jeszcze ani razu na biegu się poddałem i zlazłem z trasy, nawet na ŁUTcie skończyłem z nogą puchnącą co kilometr o jeden centymetr (TUTAJ o tym pisałem), więc i teraz chyba nic takiego się nie zdarzy...

I jeszcze tylko na koniec (pierwsza w nocy już zaraz i chyba idę spać, nie będę już siedział nad tłumaczeniem, bo spać mi się zaczyna chcieć, a yerby Taragui +Energia parzyć nie chcę, bo po Kamieńsku jakoś mi się dziwnie wydaje, że może za dużo jej popijałem, poza tym biegałem dziś w Łodzi na treningu, kiepska sprawa po tym lekko marznącym śniegu, wodzie i krzywych chodnikach, i jeszcze ta kolka od nagromadzonych gazów chyba, bo w grupie to nie wypada przecież się odgazowywać, przez którą musiałem zwolnić na 8km, a gonienie - choć szybkie, bo gdzieś w tempie 4:40/km - nic nie dało, w sensie że już grupy nie dogoniłem, choć przegoniłem sporo osób z grupy początkującej) słów kilka o dziwnym uczuciu, jakie mi dziś przez cały dzień towarzyszyło. Radio Złote Przeboje, Bad Boys Blue, Fancy, Rod Stewart i pińcet innych kawałków, które poruszały co chwilę jakąś dziwnę strunę w mojej duszy (tak to się w ogóle mówi?, że coś poruszało strunę w duszy?, nieważne..), która z kolei wprawiała w drgania coś w mojej głowie, gdzieś niebezpiecznie blisko ośrodka motywacji, bo ta za każdym razem mi spadała na chwilę, na sekundę, może dwie, ale i tak wystarczająco długo, żebym poczuł smutek i żal i zniechęcenie, bo mam już cztery dychy na karku i nic szczególnego w życiu nie zrobiłem, a przecież w czasach, w których siedziałem z wypiekami na twarzy i wkładałem do magnetofonu nową kasetę Złych Niebieskich Chłopców (a może Złych Chłopców Koloru Niebieskiego?) miałem tyle marzeń, planów i chęci... gdzie się to podziało? Co robiłem przez te wszystkie lata? Czy tuż przed śmiercią też będę pytał o to samo? Czy też uda się w końcu zrobić coś dużego, coś ważnego dla mnie, dla moich bliskich, coś, co pokaże innym, że potrafię więcej niż tylko planować, ładować się w długi i połykać antydepresanty?

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger