wtorek, 5 stycznia 2016

Noworoczne postanowienia, pierwszy dół i plany

Czuję się jak kosmiczna dziura. Nie żebym wiedział, jak to jest być czarnym wielkim czymś wciągającym wszystko co się nawinie i tkwiącym gdzieś w zerze absolutnym, ale tak właśnie się czuję. I jak tu planować coś niezwykłego?

Mija powoli czas podsumowań starych i obwieszczania całemu światu nowych celów. Pierwszy w nowym roku wpis taki właśnie powinien być, prawda? Każdy bloger to robi. I nawet nie blogery też to robią. Podsumowują, opisują, celują. Mierzą bardzo wysoko, bo zwykłe plany są przecież zbyt trywialne, słabo wyglądają, kiepsko się je czyta, zbierają mało lajków, a w nielicznych komciach niewiele jest achów i echów... No dobra, za bardzo się wychylam, po co zmierzać w te ironiczno-zazdroszczeniowe strony, skoro sobą być trzeba. Niech tam sobie piszą z czym im dobrze, nic mi do tego, nie moje blogi, profile i fajpejdże. Nie tykają mnie, ja nie tykam ich. Taka zasada.

Co nie zmienia faktu, że zacząłem pisać z dołem przeokrutnym, dałem się bowiem zwieść słabości i lenistwu, wymówkę sobie znajdując, że na minusie jest 15 stopni (nie ma co przeginać, rzekłem do M., która faktycznie biegać nie musi w takich warunkach, bo nie z bieganiem planów życiowych żadnych związanych) i skoro od jakiegoś czasu czuję gdzieś tam w gardle, nosie, a i w kościach też czasem, że mnie coś do wyra położyć chce konkretnie, to wyjść na taki mróz nieodpowiedzialne byłoby wielce... Ależ się czułem... Zupełnie jakbym zepchnął ze schodów staruszkę, przejechał umyślnie kota, albo dziecku powiedział własnemu, że jest idiotą i że żałuję, że się w ogóle urodził. Naprawdę! Leżałem pod ciepłą kołderką i z minuty na minutę czułem się coraz bardziej jak łajza. Albo jak ta kosmiczna dziura ze wstępu. Głupie to może, jak mi Adam dziś próbował wbić do łba, ale nic poradzić na to nie mogłem. Stało się, godzina treningu z grupą minęła, nie poszedłem. I co z tego, że pewnie nikt i tak nie przyszedł? Ktoś to ktoś, a ja jestem ja i to ja mam plany obiegnięcia Skrzycznego co najmniej siedem razy i złamania siedmiu godzin na ZUKu. Ja, a nie ktoś inny! I jeśli ja będę wolał poleżeć zamiast iść biegać, to gówno z tego wszystkiego wyjdzie. I to nie tylko z biegania, ale ze wszystkich planów i rzeczy, które bym chciał w tym roku zrobić. Bo jak powiedziałem dziś drugiemu Adamowi, "Zarówno samo bieganie na treningach, jak i starty w ultra to dla mnie rzeczy, dzięki którym udowadniam sobie, jak dużo mogę w życiu zdziałać. Bo skoro przełamuję niechęć i przygotowuję się do ultra, spędzam godziny na ciężkich podbiegach, wypluwam płuca podczas interwałów, a potem zasypiam na stojąco podczas drugiej nocy na zawodach, to dam też radę zdobyć tytuł magistra, przetłumaczyć porządnie książkę, zdobyć kolejne zlecenie, napisać własną powieść, przekonać dziecko, że tylko dzięki pasji będzie miał ciekawe życie, codziennie robić ciekawy opis aukcji czy rozwinąć Chia Charge w Polsce." I nie ważne, że bieganiu rzadko kiedy towarzyszy ta "biegowa kąpiel w endorfinach", o której tyle piszą blogery, że poświęcam rzeczy, które naprawdę lubię robić, czyli spanie po 8 godzin dziennie, czytanie po trzy godziny dziennie, oglądanie seriali (ale tylko dobrych jak Fargo, Breaking Bad czy Spartakus) i filmów (jak ostatni mniamuśny Lobster czy solidny Sicario) oraz klejenie z dzieckiem modeli z papieru. No, to ostatnie to może trochę ważne, na pewno ważniejsze od czytania czy spania :)

Ale do czego zmierzam. Do tego otóż, że koło południa wyciągnąłem M. na bieganie i najpierw razem zrobiliśmy dyszkę po Strzelnicy szybką, po czym sam już poleciałem do lasu, z czym wszystkiego wyszło mi 23 kaemy w niecałe dwie godziny. Trochę późno się połapałem, że mam mimo wszystko szanse na spełnienie rzuconego kiedyś hasła "W Nowy Rok chciałbym przebiec 20km ze średnim tempem poniżej 5min/km". No i jak biegam, to nie chce mi się gmerać w zegarku, a na głównym ekranie mam tylko, średnią aktualną. Wyszło mi gdzieś koło 5.05 na kilometr. Też nieźle w sumie, ale... O jednym się przy okazji, niestety bardzo boleśnie, przekonałem: majtki i spodnie S. nie chronią klejnotów przed mrozem. Bo że odmrażam powoli palce to czułem (rękawiczki porządne w końcu mam nadzieję, że już w drodze), ale że siusiak mało mi nie odpadł to wcale. Dopiero ból, jaki się pojawił po kilku minutach przebywania w cieple, zgiął mnie w pół i uzmysłowił, że muszę pomyśleć o jakiejś lepszej nieco ochronie tej części mego szanownego ciała. Plan już mam...

A właśnie, plan. Jaki jest mój na ten rok kolejny, cudowny, pełen nowych możliwości, horyzontów, ludzi, wyzwań, niespodzianek i radości? Cóż, jeśli czytałeś/czytałaś uważnie, to już wiesz. Trzymaj więc kciuki!

Niech się dzieje!

PS no dobra niech będzie, mam kilka planów i chęci poza tymi najważniejszymi, o których napisałem:

- pisać choć raz na tydzień na UD (plus za każdym razem zostawiać ślad po czymś naprawdę ważnym)
- napisać zaległe teksty i testy
- ruszyć w końcu z działem Ultra Dieta, niech potomność wie potem, co potrafię czasem stworzyć na kuchennym blacie i co według mnie daje unikanie mięsa, przetworzonego żarcia, pszenicy i mleka
- zorganizować leśne ultra
- spotkać się z kumplami z technikum
- więcej się uśmiechać do innych ludzi
- dołożyć do CV jeszcze kilka imponujących rzeczy związanych z pisaniem

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger