środa, 27 stycznia 2016

Pierwsze zawody, sesja i energetyczna yerba

Coraz częściej dopadają mnie myśli, że powinienem zrezygnować z biegania i przeznaczyć ten czas na tłumaczenie, zabawę z dzieckiem, czytanie. Na szczęście zaraz dochodzi do głosu moje drugie „ja”, które wali to pierwsze prosto w ryj i syczy z wściekłością: ty głupi popieprzony baranie, ile czasu zajmują ci tygodniowo treningi? Pięć godzin? Sześć? Nawet jeśli osiem, to kurwa ile więcej marnujesz przy pieprzonym Internecie, co? No ile?!!!


Więcej. O wiele więcej… 

...

Nawet pisać mi się o tym nie chce, choć akurat dzisiejszy dzień mogę śmiało zaliczyć do tych średnio-udanych. Zaznaczam, iż "średnio-udany" oznacza ni mniej ni więcej dokładnie to, co słychać, czyli, że coś "średnio się udało". Nie było ekstra, ale i obeszło się bez żenady. Skończyłem czwarty rozdział. Książka napisana jest okropnie i ze strachem czekam na pierwszą reakcję redaktorki.
Jest już grubo po pierwszej w nocy, a więc nastała środa, co oznacza, że za trzy dni Zamieć. Pierwsze ultra w tym roku. Nie wiem jak w Szczyrku, ale u mnie za oknem po niedawnych zaspach zostało tylko kilka brudnych plam śniegu. Czyżby znowu błoto? Z jednej strony cieszę się, że prawdopodobnie mróz nie dopadnie mnie gdzieś w środku nocy, a z drugiej denerwuje mnie to, że chyba z dziesięć godzin zmarnowałem szukając w Internecie ciepłej bluzy, spodni wiatroodpornych czy gumowych majtek. I jeszcze te raki!, które - jeśli nie będzie lodu, Skrzyczne może nie jest największą górą świata, ale 800 metrów przewyższenia może sprawić, że nie wszystko tam stopnieje - odeślę w razie nieżycia. 150zł piechotą w dzisiejszych czasach nie chodzi...

Wrócę jeszcze do owego "średnio-udanego" dnia. Powinienem napisać dziś dwie prace. Jedną o roli, jaką odgrywa w moim życiu muzyka, i drugą, w której dokonuję interpretacji jakiegoś filmu niefabularnego. Pierwsza to banał, zadana na odczepne przez Panią magister, którą raz widziałem w całym semestrze, bo przy drugim razie zwiała do domu jakieś pięć minut przed moim przyjściem. Gorzej z drugą, zajęcia były, owszem, ale jak napisać takie cóś to się nie dowiedziałem. Trudno, trzeba będzie poszukać czegoś w sieci, poczytać i samemu coś sklecić. Ale jutro już, znaczy dziś, ale za dwadzieścia godzin gdzieś, po pomału padam już na twarz, a chciałem przed Zamiecią pospać dłużej niż po pięć godzin na dobę...

A sesja już za chwilę i jakoś nie pociesza mnie fakt, że to studia on-line, że niewiele tego, że połowa wykładowców ma to gdzieś, i że stypendium za niepełnosprawność pokrywa czesne. Ja bym chciał być dobrym krytykiem kultury i sztuki współczesnej, znać się na tym, umieć komentować, być jak Raczek trochę, który ostatnio z partnerem swoim szwendał się po Pradze... 

Pobiegałem niedawno. Znaczy jakąś godzinę temu. Oj, dawno już nie byłem w nocy wkoło bloku polatać. Miło. Niecałe 8km na spokojnie, choć pot lał się ze mnie niemal strumieniami. Nogi też jakieś sztywne takie, dopiero pod koniec zacząłem czuć, że wpadam w rytm i nawet chciało mi się lecieć dalej, ale głos rozsądku znów do mnie przemówił i wytłumaczył, że to miał być tylko bieg regeneracyjny, takie odświeżenie kulasów przed Zamiecią właśnie. Powtórka w czwartek.

Yerba. Energetyczna jakaś i muszę przyznać, że działa. Śpię naprawdę mało, a w ciągu dnia nie czuję zmęczenia, które kiedyś potrafiło dopaść mnie i dosłownie powalić na kolana. Pijam codziennie, choć z rzadka jeno dosypuję do materki świeżego suszu. Pierwsze zasyp zalewam wodą zimną, co daje mi większą pewność, że nie przesadzę z temperaturą (swoją drogą czas już kupić termometr kuchenny, bo mam chęć porobić trochę domowe jogurciki, do produkcji których Adam podarował mi ostatnio gustowny termos) i zniszczę wysuszonych liści. Drugi to już ciepła woda, choć też nie wrzątek, którym posługuję się dopiero przy trzecim, czwartym, piątym i kolejnych zalaniach. Nawet teraz, choć już po drugiej nie chce mi się spać, a przecież spałem niecałe pięć godzin w nocy plus godzina w dzień. Ale idę, kończę, bo Zamieć, jutro też jest dzień, znów siedzenie cały dzień z dupą przed kompem, choć trochę inne niż dziś. Jeszcze tylko fota...


... i spadam.

1 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger