poniedziałek, 8 lutego 2016

Zamieć, czyli 24-godzinny sprawdzian siły nóg i charakteru

Miał być lodowo-arktyczny koszmar, a wyszedł... no właśnie, co też wyszło i czegóż to powinienem się nauczyć z ostatniego weekendu stycznia? Że nie warto odpuszczać? Że pomimo stresu ściskającego czerep w zardzewiałym uścisku i małej objętości treningowej siła rośnie? A może tego, że schodząc w miarę świeży z trasy po 19,5 godzinach stałem się zwykłym cieniasem?

W SKRÓCIE

Jako, że już jakiś czas temu postanowiłem przestać się wysilać i relacjonować metr po metrze z każdych zawodów, to niniejszym wprowadzam rozpoczynające pisaninę streszczenie. Robię to z myślą o tych z Was, którym nie szkoda czasu na czytanie UD (choć zdaję sobie sprawę, że za bardzo to chyba nikogo treścią nie obciążam).

A więc: w dziewiętnaście i pół godziny zrobiłem sześć kółek, zająłem 33 miejsce i jestem frajerem. Takim uśmiechniętym co prawda, rozumiejącym swoją frajerskość - oraz powody jej wystąpienia - ale zawsze. Frajer to frajer, a ja na dodatek zostałem frajerem ultra. Dlaczego zszedłem 4,5 godziny przed czasem, będąc na dodatek niezbyt zmęczonym? W sumie to nie wiem. Nie chciało mi się walczyć, nie miałem motywacji, to nie był mój dzień... wybierzcie sami. Tymczasem.

Na dole ciuchy na zmianę, u góry żarełko - w większości niewykorzystane



Ja, Maciej i Maciej Apacz :)

Końcówka pierwszego kółka - fot. Adam z Wolfmoto.pl.

PRZEMYŚLENIA

Ilość godzin, jaką spędziłem przed monitorem na szukaniu odpowiednich raków, rękawiczek, spodni, bluzy i sam już nie pamiętam czego jeszcze, zajęła mi w styczniu chyba więcej czasu niż samo trenowanie. Naprawdę. Nasłuchawszy się i naczytawczy o zimowym piekle, jakie panowało na Zamieci rok temu, bałem się odmrożeń, utraty nosa i częściowej co najmniej ślepoty (o właśnie, gogli też szukałem przez chwilę). Gdybym cały ten czas poświęcił na podbiegi, trening siły z hantlami albo tłumaczenie przynajmniej, to nie sześć z miejscem spokojnym i zapasem na siedem, ale może i osiem kółek bym na Skrzycznem tydzień temu wykręcił...

Cóż, nie pierwsze to i na pewno nie ostatnie stracone głupio godziny w moim życiu. Było, minęło, teraz trzeba patrzeć naprzód i robić wszystko, żeby ubywało ich każdego miesiąca, tygodnia, dnia, aż w końcu będę mógł popatrzeć na siebie w lustro i spokojnie poklepać się po głowie, mówiąc "dobra robota, stary, naprawdę niezła".

Hmmm, to naprawdę dziwne, ale miewałem już do siebie o wiele większe pretensje. Pewnie, że jest mi przykro jak przypomnę sobie, w jak dobrej formie kończyłem tuż po siódmej rano szóste kółko (ostatnie dwa kilometry przebiegłem coś mi się wydaje w tempie grubo poniżej pięciu minut na kilometr), ale ogólnie to jakoś ta psychiczna porażka nie robi na mnie zbyt dużego wrażenia. Efekt przeciążenia? Być może i wielce prawdopodobodobne...

W sumie to z tą Zamiecią jestem tak pośrodku: z jednej strony mam Krasusa, piszącego akurat o tym, że powinno się WALCZYĆ DO KOŃCA, a z drugiej Grzegorza W Luźnej Formie, wycofującego się po czterech kółkach. Ja wycofałem się po sześciu i to nie z obawy przed kontuzją (choć i tak sobie wmawiałem), ale raczej z kompletnego braku motywacji do dalszego napierania. Głowa najwyraźniej pada i nie pozostaje mi nic innego, jak liczyć na to, że tłumaczenie zamknę w terminie, dzięki czemu zdążę przed ZUKiem podładować mózgowe akumulatorki.

TRASA

Od rana wiało. Co prawda na dole słoneczko, wiosna niemal, ale co będzie tam na górze? Ile w ogóle czasu spędzę w strefie wiatru? Śnieg czy lód? Kamyry czy woda? To jak się w końcu ubrać, grubo czy cieniej o jedną chociaż warstwę? Głowę od samego rana miałem pełną pytań, na które nikt nie potrafił udzielić mi odpowiedzi. Nawet Apacz, dla którego była to kolejna Zamieć, ale pierwsza wiosenna...

Fot. Adam - chyba najgłupszo-fajne zdjęcie jakie mam z zawodów :)
Początek szerokim chodnikiem wzdłuż rzeczki, potem mostek i od razu mocne podejście. Ale wciąż drogą i dopiero po jakichś dwustu metrach odbijamy w las. Cały czas mocno w górę, choć faktycznie dość często pojawiają się płaskie odcinki pozwalające uspokoić oddech. Całkowite novum. Terra incognita normalnie, którą chłonę jak gąbka. Śnieg pojawia się dopiero na piątym kilometrze i jakichś pięciuset metrach w pionie. Może więcej. Za to wcześniej kilka razy trzeba już było uważać na cienką warstwę lodu. W nocy szykuje się jazda, pomyślałem, głęboko przeświadczony o tym, że dodatnia temperatura nie utrzyma się przecież przez całą dobę.

Na szczęście miejsc wystawionych na podmuchy wiatru nie ma zbyt wiele. Cały czas wiało akurat od drugiej strony i tylko dwa, trzy razy wietrzyk przyjemnie zrywał nam z głów czapki i osuszał błyskawicznie przepocone wiatrówki. Jeszcze tylko mały przeskok przez rów, lekko w dół ośnieżoną ścieżką i ostatnie podejście...

A potem wywinąłem pięknego orła! Jakieś sto metrów przed schroniskiem, przy którym łapano nam międzyczas. Delikatne skaleczenie koło prawego oka już się zagoiło, ale palec wciąż czasem przypomina mi o rozpaczliwej próbie złagodzenia upadku. Rozkokosiłem się i dostałem po nosie za próbę oszukania przyrody.

CHWILE GROZY

Po drugim kółku, przebrany przed nocą
Bardzo rzadko (nawet jak na moje skromne przecież wciąż doświadczenie w górskim ultra) zdarza mi się podczas schodzenia w dół tęsknić za wchodzeniem w górę. Do tej pory to właśnie podejścia sprawiały mi najwięcej problemów, a tu było zupełnie inaczej. Najpierw płasko, przyjemnie, polanka pod schroniskiem w śniegu dobrze trzymającym but przy każdym kroku, a potem... cóż, zbiegiem bym tego nie nazwał. Ślisko, mokro i z milionem kamieni schowanych pod tą breją. Chociaż skarpetki się przydadzą, pomyślałem, choć niezbyt długo po pierwszym fragmencie zbiegowym szybko zaczął się drugi. Ten z dwoma kilkunastometrowymi, stromymi i oblodzonymi odcinkami, na jednym z których Maciek postanowił zjechać, po czym wystający kamień obrócił go o 180stopni, a na drugim jedna z zawodniczek złamała otwarcie nogę... I mnie zdarzyło się tam zaliczyć glebę, ale tylko raz, bo później schodziłem tam już ostrożnie jakbym niósł w plecaku jajka, a nie batony i wodę w bukłaku. W nocy, gdy było ciemno, a już szczególnie na ostatnim kółku, na którym akurat w tym miejscu złapała mnie prawdziwa zamieć (po spektakularnym i odbywającym się na wprost mnie spotkaniu pioruna z metalową wieżą na szczycie Skrzycznego), złaziłem tam bokiem, stawiając najpierw kijek, potem opierając o niego nogę, a potem dostawiając drugą.

I pomyśleć, że w bazie, w pudle z rzeczami miałem cały czas miałem raki... :(

WNIOSKI

Najważniejszy dla mnie wniosek jest taki: siła i forma rosną! Jakby nie patrzeć to w niecałe dwadzieścia godzin zrobiłem jakieś 85 kilometrów (i 4446 metrów w pionie), po czym schodziłem z trasy naprawdę całkiem rześki. Żadne z podejść nie sprawiło mi problemu, na żadnym z kółek nie czułem zmęczenia, nie miałem na drugi dzień zakwasów w największych grupach mięśniowych (bolały mnie trochę mięśnie rzadziej eksploatowane na płaskim), chodziłem niemal normalnie. Niemal, gdyż chyba za słabo przyciąłem paznokcia dużego palca prawej stopy i cały podszedł mi krwią. Być może zejdzie, od wczoraj regularnie nakłuwam pod nim skórę i upuszczam nadmiar płynów.

Co jeszcze? Cóż, rośnie też doświadczenie! Z każdym startem czuję się coraz pewniej i coraz lepiej znam swoje ciało. Myślę, że jeszcze rok i nie będę się bał ruszać na kilkunastokilometrową trasę bez plecaka. Bidon i baton w zupełności wystarczą. Szczególnie baton Chia Charge :) (Mowa rzecz jasna o zawodach, nie treningach, na których spokojnie robię ciężkie 20km z samego rana poprzedzone wyłącznie kawą - patrz dzisiejszy trening z Maćkiem i Rafałem).

Mimo wszystko jestem przed ZUKiem pełen optymizmu. Szóstka z przodu jest w moim zasięgu...

Cześć!

POST SCRIPTUM

Spojrzałem przed chwilą na tabelę wyników i w pierwszej chwili poczułem na siebie złość, że tak dużo czasu zmarnowanego na siedzeniu z dupą przy makaronie z warzywami (a właśnie, bo zapomniałem spytać - gdzie ta wychwalana pod niebiosa wyżerka od Koła Gospodyń Wiejskich, czy jakoś tak?! gdzie ta niesamowita różnorodność, i w ogóle same ochy i achy dotyczące odżywania? ja tam na ciepło oprócz makaronu i ziemniaków w skórkach, serwowanych albo z warzywami, albo z (na początku) jakimś mielonym mięsem w sosie pomidorowym, albo pod koniec z bulionem nie widziałem)). Dużo tych minutek, ale z grubsza wychodzi mi, że dobrze ponad 2,5h przesiedziałem w "bazie". Czyli tyle, ile średnio trwało zrobienie jednego kółka... :(





0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger