piątek, 25 marca 2016

Twardoch, ultra i morfina

Weźże zmień w końcu tę tapetę! - powiedział do mnie Adam, gdy jego podłączony do mojego laptopa monitor wyświetlił znów zdjęcie z Twardochem i dołożonym przeze mnie tekstem "Kiedy wreszcie przestaniesz być nikim". I zmieniłem, bo choć książki wciąż nie napisałem (a do tego właśnie, miał mnie ponury wyraz Twardochowej twarzy motywować), to za "nikogo" chwilowo przestałem się uważać.

Czwartek dziś i święta za pasem. Malowanie jajek, święconka, śniadanie, obiad i kolacja w rodzinnym gronie, polewanie wodą, lenistwo i inne takie. Wszędzie wokół znaczy, mój świat wciąż w takich chwilach próbuje za wszelką cenę oddalić się jak to tylko możliwe... właśnie - naprawdę, stało się to pół minuty temu - wyobraziłem sobie, że jestem małą, obdarzoną inteligencją planetą, targaną sprzecznymi emocjami, pozbawioną stałej trajektorii i szukającej swojego słońca, wokół którego mogłaby w końcu zacząć krążyć. Bo księżyce już mam. Dwa. Jeden starszy, przyciągnięty przeze mnie już niemal ćwierć wieku temu, ten, którego kilka razy próbowałem zniszczyć, wysyłając w jego stronę atomowe pociski dalekiego zasięgu i drugi, dwunastoletni, utworzony najprawdopodobniej z krążących wokół nas odłamków... Gdzie moja planeta tam i one. Moje wybory, błędy i sukcesy dotyczą nas wszystkich, tak samo, jak ich odbijają się na mojej powierzchni.

Lud żyjący na mojej powierzchni to najbardziej niedobrana zbieranina w całym kosmosie. Krwiożerczy drapieżcy mieszają się ze spokojnie przeżuwającymi trawę owcami. Histerycznie roześmiani wariaci biegają wśród spokojnie spacerujących miłośników spokoju i muzyki instrumentalnej. Żądni sukcesu i poklasku osobnicy wyszydzają nieśmiałych, pragnących spokoju, ciszy i anonimowości rodaków. Fanatyczni sportowcy poganiają ostro zakończonymi kijami otyłych leni, wbijając je tak, by bolało jak najmocniej, ale nie powodowało jednocześnie zagrożenia życia. Obsesyjno-kompulsywni onaniści odganiają sprzed jarzących się po nocach monitorów kinomanów, pragnących nadrobić serialowo-kinowe zaległości. Czuję ich wszystkich. Czuję, jak po mnie biegają czy chodzą. Jak drapią mnie wściekle, usiłując z całych sił unicestwić mnie i uwolnić się od ciążącej im samoświadomości swego istnienia (próby popełnienia zbiorowego samobójstwa to jedyne momenty w historii mojej planety, w których zamieszkujące ją istoty potrafią jako tako się dogadać).

Napisanie książki tak oddziałującej na czytelnika, jak "Morfina" Twardocha wydaje mi się cudem równym chodzeniu przez Jezusa po wodzie. Tak, uważam, że jest duża szansa na to, by za dwa tysiące lat Twardoch uważany był przez dużą część ludzkości za kogoś, kim nie jest dzisiaj. Podobnie zresztą, jak każdego innego pisarza obdarzonego tak dużym talentem. Czy piosenkarza, aktora, reżysera, artystę w ogóle, a może nawet i tajskiego wyrobnika naleśników w tempie trzystu na godzinę, sfilowanego przez białego turystę ijfonem siódmej generacji. Zmiana świata w dwa tysiące lat nie jest niczym niezwykłym, jeżeli trafi się w odpowiedni czas i miejsce, po czym wykorzysta tę szansę.

Wieczorami staję się głodny, ale jedzenie o późnej porze wywołuje u mnie poczucie winy. Chcąc biegać szybciej muszę dbać o linię. Chcąc biegać szybciej muszę więcej biegać. Chcąc biegać szybciej muszę zacząć przestrzegać pewnych reguł, których moja chaotyczna część nie może znieść i buntuje się za każdym razem, gdy próbuję ich przestrzegać dłużej niż przed kilkadziesiąt godzin. Poranki zarezerwowane mam dla jajecznicy (często z amarantusowym chlebem) i zastanawiania się, kiedy wreszcie nadejdzie taki dzień, w którym ani razu nie pojawi się myśl typu "muszę jeszcze zrobić to i powinienem zrobić tamto". Południa - przynajmniej ostatnio - to w miarę spokojna kawa z łyżeczką miodu. Miły akcent, do którego jeżdżę z przyjemnością mniej więcej czterdzieści minut, słuchając przy okazji ściąganych z netu książek (od kilku dni "Pan Mercedes" Kinga w kiepskiej wersji Peszka, przed którym były "Stukostrachy", całkiem nieźle - w porównaniu z Peszkiem - przeczytane przez Teleszyńskiego.

Właśnie - choć północ już za niecałe dwadzieścia minut - dowiodłem, że mam problem z nocnym jedzeniem. Nie mogąc opanować rąk, sięgnąłem po kawałek pizzy, którą moje dziecko przyniosło do domu z popołudniowo-wieczornej ucieczki do cioci. Sprytny gówniarz, wie, że ze zmną musiałby czytać, więc zabiera laptopa i znika na pół dnia tam, gdzie mało kogo interesuje, co będzie robił. Taki czas, ciocia zapracowana, więc siostrzeniec oglądający idiotyczne filmiki gdzieś z boku to żaden problem. Rozumiem, sam nie raz pozwalałem mu na takie coś, tłumacząc sobie, że skoro ja muszę siedzieć przy komputerze to niech dziecko ma coś od życia... Przykro mi, marnujemy mu w ten sposób przyszłość i choć staram się jak mogę, to walczę z wiatrakami, które są ode mnie o wiele potężniejsze. Nie chce mi się. Zostawiam to wszystko takim, jakim jest i idę spać. Życie dziś jest dla mnie zbyt trudne, by siedzieć i zawalać kolejną nockę.

Dodam jeszcze tylko, że biegać wciąż mi się chce, choć rzadko kiedy zdarza mi się czerpać z tego przyjemność. Ale 30km w minioną niedzielę wywowało u mnie grymas przypominający uśmiech i szczerze muszę powiedzieć, że zamierzam taki wyczyn powtarzać przynajmniej raz w tygodniu. Może do poziomu Jacka Będkowskiego nigdy nie dojdę, ale przynajmniej spróbuję powalczyć kiedyś o pudło w kategorii wiekowej. Tylko muszę zacząć trenować, a nie biegać.

Tak samo, jak muszę zacząć pisać, a nie stukać od czasu do czasu w klawiaturę, rozdrabniając się na dziesiątki drobnych tekstów, zamiast skupić na tym jednym...

Dobranoc

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger