czwartek, 17 marca 2016

Zimowy Ultramaraton Karkonoski po raz drugi

Złe dobrego początki? Po niedawnej słabej Zamieci wczorajszy ZUK to kolejne zawody, których nie mogę zaliczyć do udanych. Czas gorszy niż przed rokiem i nie ma co obarczać za to winą gorszych warunków pogodowych. Znów głowa siadła? Ciężko jednoznacznie stwierdzić, gdyż na mój wczorajszy występ zapracowało kilka, dość istotnych nawet pojedynczo, czynników. Z drugiej strony... to jednak jest impreza magiczna, bo jakim cudem z myśli o całkowitym porzuceniu biegania wyleciałem na deptak

Gdy dziś - niedziela, dzień po - myślę o bieganiu, to aż mam ochotę wyciągnąć mokre wciąż spodnie, koszulkę, buty, kurtkę i wtarabanić się przynajmniej na jedną z widocznych za oknem pokoju górek. A przedwczoraj? Leżałem w tym samym, pokoju, na tym samym łóżku i mając ten sam widok zastanawiałem się po co tu przyjechałem. Zamiast trząść się z radości i narastającego podniecenia czekającą mnie walką z górami, śniegiem i własną głową, próbowałem wykrzesać z siebie choć namiastkę chęci na spakowanie plecaka i wybranie stroju.

Mój wisielczy nastrój zmienił się nieco po wizycie w biurze zawodów, odebraniu pakietów i wieczornej odprawie. To dobrze, bo gdyby widok tych wszystkich zakręconych ludzi, rozmowa z Bartkiem Gorczycą i Ewą Majer czy poznanie Piotrka Herzoga nie spowodowało choć częściowego drgnięcia motywacji, to uznałbym to za znak kompletnego wypalenia oraz sygnał do porzucenia ultrabiegania. A tak przynajmniej położyłem się do łóżka w miarę normalnym nastroju.

Z Polany na Szrenicę

To nie była zima, jaką sobie jesienią planowałem. Myślenie o przyszłości sprawiło bowiem, że podjąłem się w tym czasie kilku czasochłonnych zadań, przez co szlag trafił długie wybiegania, pięć treningów biegowych tygodniowo, dwa siłowo-wzmacniające i przespane noce. Ale robiłem co mogłem. Wiele razy było tak, że nie chciało mi się w ogóle wyjść na trening, albo przeliczałem w myślach, ile stron przetłumaczę w tym czasie. I może tylko z raz, góra dwa razy praca wygrała. Mimo wszystko punkt dla mnie.

Podudka o piątej. Kawa z cukrem, bułka z jogurtem i pół litra wody z tabletką nawadniającą. Ubraliśmy się z Maćkiem bez pośpiechu, z kibelkiem po drodze i spokojnym spacerkiem do DW Mieszko, gdzie po krótkiej kontroli sprzętu usiedliśmy w autokarze. W drodze zjadłem jeszcze bananowego batonika od Chia Charge i już...

Start ZUKa okiem Biegu Piastów. Widać mnie :)

Na Polanę Jakuszycką dojechaliśmy niemal na ostatnią chwilę. Nie było czasu na nerwy jak przed rokiem, odruchy wymiotne, czy latanie gdzieś w las w poszukiwaniu ustronnego miejsca na sikanie. Tylko kilka piątek ze znajomymi, sikanie za najbliższym samochodem, poprawienie plecaka i ruszyliśmy. Wiedząc, co czeka nas na pierwszym podejściu od razu starałem się trzymać bliżej przodu, niż środka stawki. Trochę bałem się tych pierwszych dwóch, trzech kilometrów, ale dałem radę. Mało tego, aż do samej Szrenicy czułem się po prostu świetnie! Tylko raz, czy dwa trafił się mojej grupie wspinaczkowej maruder, zwalniający na udeptanej ścieżce, ale obaj odpuścili w końcu, słysząc za plecami coraz głośniejsze marudzenie. Muszę przyznać, że i mnie wyrwało się chyba raz głośniejsze "o rany", ale sam nie wiedziałem, co myśleć. Taki urok tego miejsca jest przecież. Wąziutka ścieżka wiodąca przez zasypany śniegiem po pas stok wzgórza. Czy wolniejsi i słabsi powinni startować w drugiej turze? Jasne, że nie! Czy szybsi powinni zatem gnać na początku ile wlezie, żeby na podejściu wypracować lepszą pozycję? Oczywiście, że tak!

Po wyjściu z lasu na Halę Szrenicką poczuliśmy pierwsze podmuchy wiatru. Wciąż jednak - mimo wilgotności sięgając 90% - nie było mi zimno. Wciąż czułem się zaskakująco silny i wypiłem tylko trochę ciepłej herbaty.

Śmierć pod Odrodzeniem

Nie wiem, co mnie zgubiło. Brak picia i jedzenia? Zbyt szybki start? Nieodpowiednie treningi, czy wszystko razem? Że coś idzie nie tak, zacząłem właściwie czuć w okolicy Trzech Świnek, ale pomyślałem sobie, że to ta otaczająca mnie mgła i wszędobylska biel tak na mnie działa. Że muszę się do przedzierania przez to mleko przyzwyczaić. Że za chwilę mi przejdzie... Gdzieś przy Śnieżnych Kotłach byłem już pozamiatany... praktycznie wlokłem się noga na nogą, mijany co chwilę przez kolejnych zawodników. Nie, nie wina mrozu, bo zimno w tym roku jakoś wyjątkowo nie było. To czemu, zamiast obiegać Wielki Szyszak i dosłownie wturlać się na Przełęcz pod Śmielcem, praktycznie cały czas szedłem, przysięgając sobie, że to już ostatni raz, że nigdy więcej, że schodzę z trasy jak tylko dojdę pod Śnieżkę? Nie wiem. Stało się to tak szybko, że naprawdę nie mam pojęcia. Śnieżny szok jakiś? Zimowo-mglista klaustrofobia, o której nie miałem do tej pory pojęcia?

Na 99% ta pierwsza sylwetka to ja...

Ale największy kryzys dopadł mnie na Przełęczy Karkonoskiej. Tu byłem już śnieżny zombie, powłóczący nogami, mruczący coś pod nosem i niereagujący na zdumione moim wyglądem spojrzenia turystów. Byłem w takim stanie, że znów ominąłem punkt żywieniowy pod schroniskiem Odrodzenie - tym razem przez to, że trzeba było do niego skręcić z trasy, czego nie chciałem robić z obawy przed pęknięciem i zejściem z trasy. Podziękowałem tylko wolontariuszce kiwnięciem głowy i zacząłem wdrapywać się na kolejną górkę, omijając z trudem całe wycieczki miłośników wąskich nart, którymi co niektórzy machali tak, że trzeba było niemal kłaść się na śniegu, żeby nie oberwać. Ale przynajmniej zacząłem coś jeść. Lekko zesztywniałymi od zamarzniętej wilgoci dłońmi wyjąłem oryginalnego minisa i zjadłem. Potem drugiego. Popić nie mogłem, bo zapomniany zupełnie ustnik zamarzł i rozmrożenie go zajęło mi chyba z piętnaście minut.

I wtedy właśnie zacząłem się odradzać.

Druga połówka

Na 25km wiedziałem już, że się nie poddam. Siły jakoś specjalnie nie wróciły, ale za to chęć na walkę miałem już całkiem konkretną. Truchtałem już nie tylko tam, gdzie było z górki, ale i na płaskich odcinkach, co w porównaniu z niedawną agonią było niemal jak cudowne zrośnięcie połamanych przed chwilą kości. Wciąż nie było to naprawdę szybkie tempo - i już nie miało być do samego końca - ale przynajmniej przestali mnie hurtowo wyprzedzać inni zawodnicy :)


Do Domu Śląskiego wpadłem już uśmiechnięty, choć zaczynające się skurcze nie wróżyły przyjemnej drugiej połówki. Po raz pierwszy od rana zjadłem trochę więcej i wypiłem tyle, że zaczęło mi chlupotać w żołądku. I połknąłem pierwsze dwa saltsticki, które na łemkowynie na przykład łykałem regularnie od samego początku. Porzuciłem też myśli o zmianie kurtki na grubszą. To tylko Śnieżka, powiedziałem sobie, jakieś piętnaście minut urywania głowy przez wiatr, a potem już przecież coraz niżej, cieplej i bezwietrzniej... i co? Znów się przebierać?! I dobrze, bo faktycznie nie było tak źle, choć sił w nogach na szybkie podejście nie miałem. Błyskawicznie wróciły też skurcze w udach, przez które bałem się stawiać dłuższe, czy szybsze kroki. Wciąż nie było źle, mogłem iść, zbiegać ze Śnieżki też - dzięki grubej warstwie amortyzującego śniegu - się dało, ale komfortu zero. Na szczęście wciąż chlupało mi w żołądku, wiedziałem też, że to do punktu na Okraju nie jest daleko...

I faktycznie nie było. A szkoda, bo znów napiłem się do pełna (do bukłaku wciąż nic nie dolewałem), znów dwa saltsticki połknąłem i nabrałem w kieszeń garść winogron plus dwa czekoladowe paluszki i już poleciałem dalej. Jaka zmiana! I nie tylko w krajobrazie, w którym w końcu zaczęła gdzie niegdzie wystawać goła ziemia spod śniegu, ale przede wszystkim w mojej głowie. Trzy godziny wcześniej byłem jak nieumarły jakiś, którego uciekający turysta zaciągnął w samo serce zaciągniętych mgłą i chmurami Karkonoszy, a teraz biegłem przez kilka kilometrów, zmęczony, owszem, ale gdzieś w środku uśmiechnięty i radosny, smakujący ultra w najprawdziwszym wydaniu, jakim jest zdolność do jakiegokolwiek ruchu po tak głębokim załamaniu.

Grzegorz Łuczko z Natural Born Runners nie załatał na czas podobnego pęknięcia i zszedł z trasy. Gdy opisał to potem na FB, napisałem w komentarzu:
O mały włos, a mógłbym napisać, że "wiem, co czujesz...", ale jakimś cudem, tuż przed Domem Śląskim, po moim własnym osobistym "walking dead" trwającym od Odrodzenia, zrozumiałem, że skończę ten bieg... trzymaj się i głowa do góry!
Na co ktoś inny dodał:
Jako doświadczony "schadzacz z trasy, nieukończacz" potwierdzę Twoje słowa. Czasem trzeba. Boli mocno, ale to przejdzie. A w głowie może coś się dzięki temu ułoży i następnym razem zagra na tip top. P.S. Limity i nieschodzenie z trasy są dla słabych.
Jak myślicie, który komentarz dostał więcej "lajków"? :)



Meta

Tak bardzo, jak na Karkonoskiej marzyłem o zakończeniu koszmaru, tak od kilku dni (kończę ten wpis w czwartek wieczorem) marzę o powrocie na ZUKa za rok. Wielka szkoda, że jest losowanie, że tak mało ludzi może to każdego roku przeżyć. Już kilometr przed metą wiedziałem, że za chwilę skończy się coś niezwykłego. Kolejna wielka przygoda, której niedoświadczy nigdy nikt, kto przesiaduje wieczorami przed telewizorem. Nie, bieganie ultra to nie jedyny słuszny wybór, to nie "najprzyjemniejsza rzecz na świecie". Są setki, jeśli nie tysiące innych, równie wspaniałych rzeczy jak ukończenie ZUKa. Ważne, by je robić. By do nich dążyć, nie poddawać się ani po drodze do nich, ani w trakcie. I choć wynik kiepski (8 godzin i 28 minut, czyli dużo gorzej jak przed rokiem), to jestem szczęśliwy. A do pełni szczęścia brakuje mi już tylko M., cisnącej tuż za mną dwa kilometry za niknącą w oddali Królową Karkonoszy...







0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger