poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Olej kokosowy zamiast węgli - test 1

Wszystko wskazuje na to, że dział "Ultra Dieta" w końcu ruszy! Mam motywację, a ta - jak powszechnie wiadomo - to najlepszy popychacz do działania. Pierwsze dłuższe wybieganie na chia i oleju kokosowym zaliczone. Efekt? Taki sobie...
Za trzy tygodnie Gwint Ultra Cross 110km, a ja dziś ledwo doczłapałem się do 30km. Rokowania są więc słabe, ale nauczony niejedną już w mym biegowym życiu taką sytuacją, włosów z głowy za bardzo nie wyrywam. Co ma być to będzie. Ja tu się nawzdycham, namartwię, naliczę kalorii, a 7 maja będzie trzydzieści w cieniu i wszystko i tak będzie można o kant dupy potłuc. Poza tym dotarło do mnie (w końcu!) jedno: przy takim trybie życia, jaki mam teraz cudów nie dokonam. A szykuje się, że obowiązków jeszcze mi dojdzie, więc chcąc nie chcąc, bieganie na ciągłe poprawianie rekordów zostawiam tym, co mają ustalony czas pracy i nie muszą martwić się o ciągłe nadgodziny. Żeby jeszcze kasa z tego siedzenia przed kompem była... Ale jest szansa, że będzie, więc siedzę.

No dobrze, wróćmy do dzisiejszego tematu wieczora. Zacząłem od dwóch kółek na 11-kilometrowej ścieżce biegowej w lesie. Tempo spokojne - pierwszy raz wybieganie z pulsometrem na klacie! - tętno maks 141 i niemal równo co godzina to dyszka. Butlę z dopalaczem (woda plus malinowy napój Chia Charge plus dwie łyżeczki oleju kokosowego) zostawiłem pod małą choinką. Jedno okrążenie równa się pół butli w żołądku. No i jeszcze bananowy batonik (też od Chia Charge - dostępny np. TUTAJ), który zjadłem też na dwa razy. Z tym olejem to trochę słabo wyszło. Gdy dodawałem go w domu do letniej, przegotowanej wody to ładnie się rozpuścił, jednak godzinka leżenia na ściółce spowodowała, że na powrót zaczął przechodzić ze stanu ciekłego w stały. Z drugiej strony, gryźć tego nie trzeba, przy łykaniu nie przeszkadza...

Do 25km czułem się wspaniale. Nogi rześkie, głowa zadowolona. Nic tylko biegać. A potem nagle coś zaczęło szwankować. Tętno podskoczyło, tempo siadło... niby mogłem biec szybciej, ale od początku mówiłem sobie, że dziś nie szarżuję. Dziś trzymam się tętna. No i trzymałem, choć z trudem mi to szło i nawet ze dwa razy przeszedłem do krótkiego marszu. Koniec końców jednak wyglądało na to, że i trzecia dyszka w godzinkę wpadnie... cóż, jakieś 800 metrów i pięć minut przed czasem odcięło mnie jednak tak kompletnie, że następne pół kilosa musiałem przemaszerować.

Co to było? Organizm jeszcze się nie przestawił na spalanie tłuszczy? Za mało kalorii wczoraj i dziś zjadłem? Nie zregenerowałem się po piątkowych 18, dużo szybszych, kilometrach? Taki dzień po prostu?

Stawiam na regenerację i brak kalorii! A co? Mogę? Mogę. Więc sobie stawiam. Przed następną niedzielą - zęby ostrzę sobie na jakieś 50km - trochę więcej wypocznę i więcej zjem sera z olejem rzepakowym. Musi się udać! :D

Dobranoc

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger