sobota, 23 kwietnia 2016

Siłaaaaaaa!!!! :)

Coś się wczoraj stało. Coś wskoczyło na swoje miejsce i cała maszyna wyrwała naprzód. 18km w godzinę i 22 minuty! Czternasty kilometr w 4:31. Piętnasty w 4:35. I nie miałem dosyć...

To już ponad tydzień odkąd obciąłem drastycznie węglowodany w diecie. Powód: eksperyment podczas Gwinta i sprawdzenie, czy spalanie tłuszczu okaże się efektywniejsze od jazdy na węglach. Wszystko opiszę dokładne i ze szczegółami, dość powiedzieć, że początki były okropne. Już nie chodzi nawet o ból głowy spowodowany brakiem cukrów we krwi, ale raczej o deficyt kalorii i niezbyt w sumie fortunny moment na zmianę diety, bo tuż przed dwoma tygodniami, w których chciałem natrzepać naprawdę dużo kilometrów. I trzepałem - jak na mnie oczywiście - ale ściany, zgony i totalne zmęczenia dopadały mnie już po 20-kilku kilometrach spokojnego biegania.

A właśnie, wspomniałem coś o tym, że postanowiłem zrzucić przed Gwintem dwa kilogramy? Waga startowa 80 brzmi całkiem fajnie, prawda? Plus do tego minimalizm sprzętowy i naprawdę będę chciał powalczyć o złamanie 14 godzin.

No więc biegam co drugi dzień. Dzień wciry takie, że normalnie na drugi dzień "zakwasy", dzień odpoczynku i znów wciry. I tak od półtora tygodnia i jeszcze przez tydzień (choć dziś zacząłem się zastanawiać, czy aby w przyszłym tygodniu nie zrobić tak, żeby biegać mniej (powiedzmy po 20km maks) ale codziennie. Oczywiście w tempie mocno konwersacyjnym, co w moim przypadku oznacza gdzieś godzinę i 45 minut. Nie wiem tylko jak z czasem, bo z kolei tydzień tylko został mi na opisanie Rzeźnika... :(

Ale znów zbaczam, a miało być o wczorajszym przebudzenia, odrodzeniu, a kto wie, może nawet i zmartwychwstaniu :) Miało być kolejne spokojne półtorej godzinki z wplecionym paroma dłuższymi podbiegami na Rudzie-Popiołach (taki mikrolasek z utwardzonymi drogami i pofalowany, położony z boku Łodzi). Wyszło bieganie w kółko Stawu Stefańskiego. I to tak wyszło, że choć czwórki czułem od samego początku (środowe, wymęczone 25km) to z kilometra na kilometr nieco przyśpieszałem (początek naprawdę delikatny, po 5:50 nawet), aż przy 14 kilometrze doszło do 4:31! I jeszcze mogłem! Ale już tylko kilometr pociągnąłem mniej więcej w takim tempie, bo w niedzielę (czyli jutro) mam zaplanowane dłuższe wybieganie z Maćkiem. Tyle tylko, że źle wyliczyłem czas i zamiast na spokojnie truchtać pod szkołę dziecka, gdzie zaparkowałem, to musiałem w miarę szybko (ok. 5:10) pokonać ostatnie prawie trzy kilometry...

Co się stało? Fakt, faktem, po środzie poczytałem trochę i postanowiłem, że na samych tłuszczach to jeszcze Gwinta nie przelecę. Za krótki czas, żeby aż tak nauczyć organizm, a poza tym, to chyba tak kompletnie odejść od węgli się w ultra nie da. Więc w piątek zjadłem dodatkowo dwa jabłka i gruszkę. Niby niedużo, ale efekt był. Bo nic innego inaczej niż przez ostatni tydzień nie zrobiłem.

No chyba, że organizm zaczął już naprawdę efektywnie spalać tłuszczyk!

Jutro wybieganie. Minimum 35, maks maraton. Dam znać, żelik w każdym razie już naszykowany..:)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger