piątek, 6 maja 2016

Dzień, w którym czekam na Gwinta

Jutro o tej porze będę gdzieś na trasie Gwinta. Może w połowie, może bliżej... ej, a jak coś mi się stanie już na samym początku?! Oby nie, bo dawno z takim bananem na twarzy nie czekałem na start w zawodach. I to pomimo tego, że wciąż czuję się, jakby ktoś dokładał mi kolejnych kamieni do wora zawieszonego na plecach.
Przez ostatnich kilka nocy śnił mi się po nocach Rzeźnik. Tak, TEN Rzeźnik. Bieszczadzki bieg kultowy, na który ludzie pchają się dzwiami i oknami. I na który miałem nigdy nie jechać. Nigdy nie mów nigdy, right? Nie żebym się tam za trzy tygodnie wybierał (choć zaproszenie dostałem), ale wszystko wskazuje na to, że za rok pojadę. Bo jak śni się tekst pisany o nim po nocach, i jak sam Org Miro zaprasza, to nie wolno odmówić, co nie? :)

A tekst będzie, choć płaczę już niemal za każdym razem, gdy o nim myślę.

Gwint. 110km, które chciałbym przebiec w mniej niż 12 godzin. Jestem gotów. Nie tak gotów oczywiście, jak bym mógł być, ale tak to już się chyba nigdy nie stanie. Może w weteranach, jak już tylko Wielkim Tłumaczem będę. Bo na razie to jestem zdruzgotany i przygnieciony ilością zadań, jakie wziąłem na swe wątłe barki...

Recenzja książki o Rzeźniku, test najnowszej kamizelki Scotta Jurka, kolejne tłumaczenie, Chia Charge, syn, M., własna książka, redagowanie poprzedniego tłumaczenia, folder reklamowy, email firmowy, dieta niskowęglowodanowa, nie wiadomo, co zjeść na śniadanie, żeby węgli nie było za dużo...

Ale dobrze, myślę sobie, to w końcu inwestycja na drugą połowę życia jest przecież, teraz za pół darmo się potyra, na jajka i żółty ser wystarcza, nie jedząc bananów i nie słodząc kawy też oszczędzam, a potem, na starość, gdy renomę sobie już wyrobię, to jest szansa, że nie będę musiał dziecku być ciężarem.

Zaraz siadam do rozlewania mojego energetycznego żelu. Lecę jutro na maśle orzechowym, oleju kokosowym i batonach Chia Charge. Siła jest, chęci są, musi być dobrze. 1 maja pobiegałem w Kamieniu Pomorskim. Dycha koło 48 minut, dwanaście grubo poniżej godziny, a piętnaście na luzaku w godzinę trzynaście. I mogłem dalej! A na drugi dzień z Pawłem prawie półmaraton (bez 700 metrów), po którym wlazłem do pasa do zimnego Bałtyku. Cudowne uczucie.

A wczoraj wieczorem wyszedłem na krótki truchcik, pięć kaemów, które w sumie bardziej mnie zaniepokoiły niż rozluźniły, bo nogi jakieś takie ciężkawe wciąż mi się wydawały. Czyżby za krótko dałem im odpocząć? Dwa dni, wczorajszy trucht też jako treningu nie można zaliczyć, dziś też cały dzień... Nie, czuję gdzieś z tyłu głowy, że wszystko jest dobrze, superkompensacja właśnie się dzieje i jutro dam czasu...

A dziś wieczorem zjem pizzę. Wege jakąś z podwójnym serem! Tłuszczyk i węgle. Nie mogę się doczekać.

Główne składniki jutrzejszego paliwa :)

I dzisiejszy obiad: resztki z buraków i selera (po wyciskaniu soku) z żółtym serem i olejem. Pycha...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger