wtorek, 14 czerwca 2016

Ultra Sky Marathon po raz trzeci - miażdżąca moc cierpliwości :)

Piszę dziś, zaledwie dwa dni po, bez przemyśleń i tak zwanego "wchłonięcia tematu", gdyż wiem, że jeśli nie zrobię tego teraz, to potem mogę już całkiem odpuścić. A przecież mój trzeci start na Babiej Górze to niesamowita sprawa! Czas lepszy o dwie godziny, bieg do samego końca, głowa mocna, nogi też, morda się jarzy... Tak, wiem już na pewno, że chcę biegać. Jak najdłużej, najwyżej i najszybciej...

Taki ostatnio czas, że pisać w dzienniczku nie mam czasu. Znaczy pewnie bym miał, gdyby nie to, że wciąż nie zbliżyłem się nawet do opanowania tej tajemnej sztuki niemarnowania czasu, nie wchodzenia na fejsbóka na dwadzieścia minut, nie wpadania na coraz to nowsze pomysły, których realizacji szukać muszę przez pół godziny w góglach... Jak to zrobić, no jak, żeby usiąść przed monitorem komputera, zacząć pracę i w skupieniu wykonywać ją przez dwie godziny???

Nie mam pojęcia...

Ale znów zbaczam, bo o moim trzecim starcie w Ultra Sky Marathon miało być. Trzecia edycja i trzeci start. Co więcej, pierwsza edycja w 2014 roku to był mój pierwszy start w górach! Nieźle, co? A tak, tak... biegam po górach trzeci rok dopiero. Czas szybko leci, to fakt, ale i forma zapie@#@!4d&!la :)

Do trzech razy sztuka

W 2014 roku ukończenie "jedynki" zajęło mi 9h30:50, miejsce 66 (relacja w dwóch częściach TU i TU). Rok później zawody przeniesiono z sierpnia na czerwiec. W upalnym słońcu, zbyt pewny siebie i za mało pijący "umarłem" na stoku Jedl'a, by następnie przez ponad pięć godzin człapać do mety. Czas: 9h31:06, miejsce 38 (tylko dlatego, że dużo ludzi wykończyło słońce). Czyli rok treningów i słabiej o niemal minutę. Załamka była blisko, ale wybroniłem się przed ciężką depresją tłumaczeniem sobie wpływu temperatury i głupoty. (Relacja z podejścia nr 2 TUTAJ).

I wreszcie start po raz trzeci. Świeżutki, czwórki w udach dopiero zaczynają stękać z bólu, a kolano pokryło się już strupami. Czas... 7h:32:35, miejsce 25! Niemal dwie godziny szybciej! DWIE GODZINY! Miazga to mało powiedziane... :)

Jak to możliwe?

Cóż, bez wątpienia duże brawa należą się Pani Pogodzie. Różnica 30 stopni w cieniu pomiędzy rokiem ubiegłym, a tym, co było dwa dni temu to przepaść. Do tego gratis lekki wiaterek, gruba kołderka z chmur i orzeźwiający kapuśniaczek przez niemal pół trasy. Gdyby nie powstałe od tej wilgoci błotko, byłoby idealnie. A tak, wybierając trailloki trochę miałem za słabe trzymanie i musiałem się dość często ograniczać podczas zbiegania.

Kolejne fanfary proszę kierować do Pani Diety Niskowęglowodanowej. Tak, tej, o której zamierzam już od jakichś dwóch miesięcy regularnie pisać (ale spoko, może uda się zebrać wszystko w jeden duży artykuł dla ULTRA). Na czym biegasz?, pytają mnie fani podczas licznych spotkań w osiedlowych domach kultury, a ja odpowiadam: na tłuszczach! Węgli tylko trochę, czyli tyle, żeby mózg nie odmówił mi któregoś dnia posłuszeństwa. Mówię Wam, to jest taka siła, że aż się boję tego, co będzie dalej :) Naprawdę, bardzo bym chciał mieć czas, przepraszam, bardzo bym chciał umieć się tak zorganizować, żeby dokładnie o tym wszystkim popisać. I poczytać, bo na pewno jest dużo jeszcze rzeczy, o których nie mam pojęcia...


I na koniec element ostatni: trening. Równie ważny, co dwa poprzednie, może nawet najważniejszy, bo przecież bez trenowania to żadna pogoda czy dieta na nic się zdadzą. Kolejny rok biegania, pewnie kilka tysięcy wybieganych kilometrów, kilka ultra startów... to musi procentować. Oczywiście wciąż brakuje mi systematyczności i planu, nad czym ubolewam wielce, ale sami widzicie i wiecie, że życie według planu to jak na razie ostatnia rzecz, do jakiej zdaję się być stworzony. Ale trenuję. Robię co mogę, by tych kilometrów przybywało, wagi ubywało, a siła żeby rosła. I są efekty...

A zawody jak tam?

Równie często, jak bywam "po" zadowolony, tak "przed" coś musi wyprowadzić mnie z równowagi. Tak było i tym razem, gdy na godzinę przed startem okazało się, że nowo nabyte (dwa dni wcześniej, ale historia z paczkomatami to temat na oddzielny wpis) softflaski nie nadają się do mojego energetycznego żelu. Nie miałem wyjścia, musiałem lecieć z tym, co miałem i potem lazłem utytłany w oleju kokosowym i maśle z orzechów ziemnych :) Z drugiej strony kilkadziesiąt sekund złości na trasie to nic w porównaniu z mocą, jaką ma olej kokosowy zmiksowany z batonikiem Chia Charge i masłem orzechowym. Półtora litra takiego żelu wystarczyło mi na całą trasę - pół litra na godzinę przed startem, drugie pół litra gdzieś po drugiej godzinie biegu i trzecie w okolicach szóstej. Plus może ze dwa banany, dwie garście rodzynków, kawałek arbuza i trochę daktyli na punktach, które to rzeczy jadłem bardziej dla smaku niż z potrzeby.

Tuż przed szczytem Małej Babiej
Sobotni start po raz kolejny pokazał mi, jak ważna jest porządna rozgrzewka. Po mocnym pierwszym kilometrze (wystartowałem praktycznie bez rozgrzewki, bo przecież kilka pokręceń biodrami i z sześć skłonów za takową uznać raczej nie można) poczułem, że muszę zwolnić, bo zwyczajnie słabnę. PO KILOMETRZE! Nie biorę na zawody pulsometru, ale jakieś 160 uderzeń na minutę miałem na pewno, więc w obawie przed mleczanem zwolniłem do tego stopnia, że wyprzedzały mnie chyba nawet starsze babcie, dźwigające oscypki na szczyt Babiej. Pierwsze przebłyski wiary w końcowy sukces zaczęły pojawiać się dopiero na Perci Akademików, choć powodów do wielkiego optymizmu nie miałem. Zegarek był nieubłagany - na szczycie będę w gorszym czasie niż rok temu! Różowo zaczęło się robić dopiero na zbiegu z Babiej, a do pierwszego punktu z wodą i jedzonkiem na 12km dobiegłem już cały w skowronkach. Szybkie dwa kubki izo, macanie bukłaka (wody było jeszcze dość dużo + zaczęło padać) i w drogę. Kawałek dalej przypomniałem sobie o empetrójce, którą obiecałem sobie w końcu sprawdzić. O rany... X-Ray Dog czy trailer z Suicide Squad podczas wspinaczki na Jedl'a to coś, czego długo nie zapomnę.
W minioną sobotę żaden szczyt nie wydawał mi się za wysoki, żadne podejście za strome czy zbieg za trudny. 

W ogóle całe te zawody to jakaś niemal idealna bajka. Może poza tym początkiem i brakiem pobiegnięcia w tak zwanego trupa, bo zamiast słaniać się na nogach na ostatnim podejściu przed metą, to ja zdaje się na nie wbiegłem! Fakt, że synek mój tam na mnie czekał i potem zbiegł ze mną te trzydzieści metrów do mety, ale i tak mam wrażenie, że atak na końcowy wynik przypuściłem za późno. Gdyby nie to, na pewno te siedem i pół godziny bym złamał... Cóż, choć cierpliwość to raczej moja słaba strona, to jednak czekałem dwa lata, by na Babiej dobiec do mety z uśmiechem na ustach. Udało się, więc za rok będzie jeszcze lepiej!

Ultra Sky Marathon to wspaniała impreza. Trudna technicznie trasa, świetni ludzie. No i jakby nie patrzeć, Babia Góra to całe moje ultra-górskie bieganie. Na pewno - jeśli tylko będę biegał nadal, bo przecież wiadomo, że odbić może mi na przykład za miesiąc w zupełnie inną stronę - tam za rok wrócę. I jeszcze za rok, i jeszcze za kolejny, aż stanę w końcu na podium swojej kategorii wiekowej :)



Tradycyjne już zdjęcie utytłanych butów z drewnianym medalem :)


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger