sobota, 27 sierpnia 2016

Bieg 7 dolin a pisanie książki


Oto temat, który nieustannie gości między moimi uszami: skoro literatura jest moją największą pasją, a napisanie (i ujrzenie na półce w Empiku) własnej książki to największe marzenie, to dlaczego potrafię się zmusić do 100 minut narażania życia na treningu, a nie mogę napisać choć kilku zdań dziennie...? A właśnie, znów pobiegane!
 
Festiwal w Krynicy już za dwa tygodnie. Jest duża szansa, że tym razem uda mi się przed zawodami trochę odpocząć. Wypełnić głowę pozytywnymi myślami, nastawić się na sukces i takie tam motywacyjne pierdoły, którymi zarzucają swoje fejsbukowe tablice każdego dnia niedowartościowani ludzie, szukający szczęścia nie tam, gdzie powinni i nie tak, jak powinni. Co prawda końca remontu wciąż nie widać, żyjemy na jednej walizce i łasce rodziny, ale mnie akurat w niczym to nie przeszkadza. Brak dostępu do szafy z majtkami jest niczym w porównaniu z zarywaniem nocek przed ekranem komputera, porannym wstawaniem do roboty i ciągłym pędem ku nie wiadomo czemu... A mnie koniec wakacji mija w sposób niemal idealny: dużo snu, brak stresogennych bodźców z zewnątrz, chęć do pracy (której jest mało) i - co najważniejsze - udane treningi, do których nie muszę nie nawet zbyt mocno zmuszać.

Choć nie, zdarzyła się wczoraj jedna sytuacja, w której brak dostępu do szafy okazał się irytujący. Otóż, pozostając wciąż pod ciągle mocnym wrażeniem biegu po asfalcie w pięczopalczakach, zamarzyłem o bieganiu po asfalcie w butach minimalistycznych. Pół dnia gotowało mi się pod czaszką, drugie pół szukałem w necie promocji na jakieś merelle, minimusy czy inne cuda. A pod koniec dnia przyszło olśnienie! Trailoc 255! Co prawda bardziej w teren niż na asfalt, ale raz, że troszkę już ze mną pobiegały, a dwa, że stały się... jakby to napisać delikatnie, żeby nie strzeliły focha... bezcelowe...? W sensie takim, że nie widzę dla nich celu, zawodów, w których idealnie mogłyby się sprawdzić. Bo bieżnik trochę za słaby na śnieg czy błoto, mokrego kamienia nie trzymają, a na skaliste zbiegi są trochę dla mnie za cienkie. Więc niech będzie asfalt, pomyślałem i tegoż wieczora chciałem to sprawdzić w praktyce, ale... nie mogłem ich znaleźć. Pewnie leżą gdzieś w piwnicy, w którymś z pudeł, których chyba milion wyniosłem przed paroma tygodniami, gdy wydawało nam się z M., że za dwa tygodnie, góra trzy, wrócimy do domu :) 

Na szczęście poza irytacją - trwającą raptem pięć minut - nie odczułem żadnego zniechęcenia i poszedłem biegać w lidlowych trajlówkach, które mają już chyba ze trzy tysiące nabiegane i jakoś wciąż szkoda mi je wyrzucić, choć jakieś dwa tygodnie temu zauważyłem, że jednak i one mają słabe punkty: w prawym zrobiła się w jednym miejscu dziura :( (już chyba od pół roku mam w planach napisanie czegoś o tym, ile w tych butach można wybiegać kilometrów, gdyż ten mój wpis - KLIK -jest jednym z najpopularniejszych moich wpisów ever). 

I tym sposobem dochodzimy wreszcie do tych stu minut narażania życia, o których wspomniałem na wstępie i na które wszyscy czekają. Że co? Że nic dziwnego, skoro pobiegłem w butach z lidla, które mają przebieg większy niż miejski autobus? Nic bardziej mylnego! Buty z lidla są wciąż spoko, jeden z ostatnich interwałów po miejskim chodniku zrobiłem w nich w tempie 3:50 i musiałem nabrać w kieszenie żołędzi, żeby nie odlecieć... Otóż te sto minut narażania życia zawdzięczam nie butom, a własnej głupocie, bo zamiast biegać gdzieś, gdzie ziemię oświetla choćby najmarniejsza latarnia, to zdecydowałem się na bieg poza miasto, polną drogą, czasem przez las, czasem przez wieś jakąś, w której już wszyscy poszli spać z kurami i żonami... Naprawdę ledwo widziałem zarys drogi i co chwilę łapałem się na tym, że zaczynam zwalniać ze strachu, że zaraz wpadnę w jakąś głęboką dziurę, skręcę nogę na kamieniu lub złamię piszczel, uderzając w zderzak porzuconego samochodu. Ale żeby wrócić, póki było bliżej niż dalej, to nie przyszło mi do głowy. Kompletny idiotyzm... Naprawdę, proszę Cię, jeśli to czytasz drogi czytelniku, nie rób tego na żadnym treningu! Z każdym metrem byłem na siebie coraz bardziej zły, aż doszedłem do takiego stanu, w którym myśli o moim wykrwawionym, ogryzionym przez bezpańskie psy, trupie, którego znajdą za dwa dni dopiero, zastąpiły myśli o tym, że w sumie to powinienem właśnie teraz zrobić sobie jakieś kuku takie, żeby mnie z tej całej Krynicy wyeliminowało. Miałbym nauczkę przynajmniej, a tak... pewnie jutro znów jak kretyn zmienię na drugim kilometrze plany i znów będę truchtał z garminem trzymanym za pasek i ustawionym na maksymalne podświetlenie, żeby widzieć chociaż to, że wciąż biegnę po ziemi, a nie np. unoszę się już do nieba, bo właśnie jakaś ułamana gałąź wbiła mi się w oko i poskrobała moją os parietale od środka...

No ale brak czołówki też w sumie spowodowany był życiem na jednej walizce, o czym pomyślałem teraz dopiero, pisząc, a właściwie to wyobrażając sobie, jak moje bezwładne ciało osuwa się na ziemię, z pustego oczodołu leci mi krew, a na wciąż drgającej końcówce gałęzi tkwi nadziana moja gałka oczna, którą nad ranem obwąchuje ostrożnie, a potem zjada pozbawiony węchu jeleń, myśląc, że to jakiś nowy, może egzotyczny, przywleczony przez przylatujące każdej wiosny ptaki, owoc.

To jest miejsce, w którym pozwolę sobie przejść do drugiego, poruszonego w tytule, tematu: pisanie książki. Właśnie wystukałem w jakieś pół godziny (do tego miejsca i z tym nawiasem włącznie J ) 870 wyrazów, pięć tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt siedem znaków (ze spacjami), co daje mi iście kingowe tempo (od nazwiska King Stephen, gdyby ktoś nie zajarzył), a mimo to napisanie książki wydaje mi się abstrakcją. Nie żebym uważał, że nie potrafię, co to to nie, wręcz przeciwnie nawet, przeświadczony jestem, że mam zadatki, talent nawet czy smykałkę, jak niektórzy mawiają, tylko, że co mi po tej smykałce, jak w tym temacie zacinam się już na etapie myślenia? Jak to działa? Co mnie blokuje? Czyżby jakieś wewnętrzny lęk przed porażką? Przed ośmieszeniem, odrzuceniem i w ogóle konfrontacją z największym marzeniem (poza tymi związanymi z przyszłością mojego dziecka) życia? Może taki jestem pewien swojego talentu, że na samą myśl o tym, że mogłoby się okazać, że tak naprawdę to utalentowany wcale nie jest, paraliżuje mnie strach wielki, aczkolwiek podświadomy? 

Tysiąc siedem wyrazów i ponad sześć tysięcy znaków. Czas: 43 minuty. 

Idę poczytać Palahniuka ostatniego i to nie tylko w sensie ostatniej napisanej przez niego książki, ale i ostatniej, jaką czytam jego autorstwa, bo słabiutko Pani, słabiutko. Nawet bardziej chyba niż ostatni Irving, który też słabiutki, oj słaby… Ale jeśli ktoś chce poczytać całkiem niezły kryminał, mroczny, gęsty i zimny jak lód arktyczny to polecam Smilla w labiryntach śniegu. 

A na koniec, w nagrodę za wytrwałość, zagadka na dziś (bo już dawno po północy) i jutro, czyli weekendowe poszukiwania: czy znajomość stref tętna i progu mleczanowego, a właściwie to, czy trenowanie z ich wykorzystaniem daje efekty podczas górskiego ultra?

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger