wtorek, 23 sierpnia 2016

O słabej głowie i potędze kadencji słów kilka...

Jutro rano idę pobiegać!, wykrzyknąłem jakieś dziewięć godzin temu, gdy M. spojrzała na mnie zdziwiona, bo właśnie oznajmiłem jej, że gdy wstanie po siódmej mnie już nie będzie. I co? I nico! Dawno już nie czułem się tak parszywie, jak pół godziny temu, po raz drugi przedłużając drzemkę i wiedząc już doskonale, że z porannego biegania nic już nie będzie...



Jak to się dzieje, że zawsze, ale to naprawdę zawsze, po kilku dniach udanych muszę wszystko spieprzyć?

W miniony piątek (dziś jest wtorek) poszedłem zrobić interwały. Osiem razy kilometr, dwie minuty przerwy. Tempo 4:30. Gdzieś tam wyczytałem, że jeśli się uda, to za dwa tygodnie bez problemu powinienem złamać 45 minut na dychę. Pobiegałem szybciej. 4:25, 4:27, a kończąc ostatnie kółko nowym asfalcikiem na Strzelnicy wiedziałem, że spokojnie mogłem urwać po kilka sekund z każdego powtórzenia.

W sobotę nosiło mnie od już samego rana. Zrywanie śliwek, zakupy w Łodzi, ługowanie podłogi... Cały dzień w ruchu, a wieczorem wciąż miałem chęć wyjść i pobiegać. Padło na krótkie wybieganie w pięciopalczakach. Ubrałem się i ruszyłem w pole. Było parę minut po dziewiątej, o tej porze w Polsce jest już ciemno, księżyc wciąż skrywał za chmurami, poza tym to przecież dopiero początek, rozgrzewka, zacząłem więc ostrożnie, ze wzrokiem wbitym w wąziutką ścieżynkę przede mną. Trochę przyśpieszyłem na szerszej, dużo jaśniejszej drodze i choć tempo wciąż nie schodziło poniżej pięciu minut na kilometr, a nogi sprawiały wrażenie ciężkich, to w głowie huczała mi radosna świadomość, że oto biegnę sobie w butach minimalistycznych, staram się trzymać prosto, wyobrażam sobie, że do pępka mam przywiązaną linę, za którą ciągnie mnie jadący przede samochów, stawiam krótsze niż normalnie kroki, kadencja, kadencja i jeszcze raz kadencja, tik tak, tik tik, co prawda nie liczę kroków, żeby nie uszkadzać tej pięknej chwili znienawidzonymi cyferkami i liczbami (nawet na tempo nie zerkam przez dłuższy czas), ale czuję już przecież po tych trzech latach biegania, że jest nieźle, że mięśnie czworogłowe ud otrząsnęły się już po wczorajszych interwałach, że to może być dobry trening...

Dobiegłem do asfaltu. Wracać w ciemniejące coraz bardziej pole czy lecieć dużo bezpieczniejszym, bo prostym, oświetlonym od czasu do czasu żółtawym światłem nielicznych latarni asfaltem? Buty to nie problem, kilka kilometrów po twardym ich nie zniszczy, poza tym nie szuram przecież, tylko kadencyjnie stawiam nóżki na śródstopiu. Nic im nie będzie. Łydkom też, nie dalej jak tydzień temu przecież zrobiłem w nich ponad 18km i nawet nie poczułem, że leciałem, że tylko z cienką gumą pod stopami. Poza tym za trzy tygodnie Krynica. Jednak głupio byłoby zrobić sobie jakieś kuku tylko dlatego, że się chciało po ciemku pobiegać po piachu i trawie... No to asfalt. Jeszcze bardziej skróciłem krok, przyśpieszając jednocześnie i... zerknąłem na zegarek. 3:50! Trzy minuty i pięćdziesiąt sekund na czwartym kilometrze biegu a ja nie czułem się, jakbym za chwilę miał wypluć płuca, paść na zawał czy zrobić coś innego, równie (choć jak się okazuje jedynie teoretycznie) adekwatnego do sytuacji.

To było chwilowe i nie trwało zbyt długo, chyba nawet nie kilometr (być może błędem było spojrzenie na zegarek, głowa przeraziła się tego, co zobaczyła i kazała nogom przestać), ale i tak biegłem przez następnych kilka kilometrów tak szybko, jak jeszcze dzień wcześniej robiłem interwały! Po siódmym kilometrze treningu (czas 30 minut kilkadziesiąt sekund) zrobiłem sobie krótką chwilę pod lasem na złapanie oddechu. Niecała minuta chyba, wyczuł mnie pies leśniczego, jego zazdrosne ujadanie podchwyciły zaraz wszystkie okoliczne burki i zacząłem wracać w stronę domu otoczony wściekłym ujadaniem wszystkich Burków, Azorów i Herkulesów jakich tylko terenińskie zagrody mają.

I wiecie co? Miałem skończyć już wolniej, spokojniej, wciąż oczywiście pilnując długości kroku, lądowania na śródstopiu, ale się nie udało. Już po kilkuset metrach znów przyśpieszyłem i gnałem już do końca dziesiątego kilometra ile tylko miałem sił w nogach. Tak mi przyszło do głowy, żeby zobaczyć ile na dychę dziś jestem w stanie wykręcić. Z tym całym truchtaniem po ciemnym polu, stawianiem drobnych kroczków i przerwą, poświęconą na doprowadzenie psiaków do szału.

46:12...

O rany, jak ja się czułem... Jak Mo Farah chyba po drugim złocie, albo Michael Phelps po dwudziestym. Choć nie, ten to chyba się już nie cieszył po dwudziestym tak samo, jak po drugim, trzecim czy piątym... Czterdzieści sześć minut dzień po interwałach i z takimi przerwami... To chyba czterdzieści pięć w Zduńskiej Woli za te dwa tygodnie uda się połamać, co nie?

A potem jeb i wszystko spieprzyłem... W niedzielę ociekające cukrem ciasto ze śliwkami i zero biegania, wczoraj co prawda już z pilnowaniem talerza, ale za to znów bez biegania, a dziś rano żałosne wręcz schowanie się pod kołdrą i podwójne przestawienie budzika... Jest to dla mnie niewyobrażalne i boleśnie przytłaczające. Czuję się jak śmieć, jakbym cały ten wysiłek z piątku i soboty zmarnował, olał i zawiódł nie wiadomo kogo... I nie pomaga mi nawet to, że mam świadomość, że z punktu widzenia mojej formy wielkiej tragedii nie ma, że na pewno pójdę biegać dziś wieczorem i zrobię kolejne interwały, że nie zjem nic słodkiego przez cały dzień, że napisałem właśnie coś na blogu, że ukocham zaraz syna i powiem mu, jaki jest dla mnie ważny, że postaram się w pracy popracować jeszcze lepiej niż wczoraj, że wieczorem przeszlifuję podłogę i zrobię kolejny krok ku temu, aby M. miała swoje wymarzone, jasne, czyste i zadbane gniazdko...

Bo i tak czuję się jak ostatni frajer...

A wszystko przez słabą głowe...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger