wtorek, 9 sierpnia 2016

Ultra Kamieńsk II, czyli za bardzo chyba nie chciałem...

Wszystko wskazuje na to, że z Górą Kamieńsk będzie tak, jak z Diablakiem - udany start zaliczę dopiero podczas trzeciej edycji. O ile w ogóle wystartuję, bo od dwóch dni naprawdę zastanawiam się nad sensem całego tego biegania...

Kolarz Majka zdobył przedwczoraj brązowy medal na igrzyskach olimpijskich1, po czym - oprócz zasłużonych gratulacji i podziękowań - dostał również porcję ćwierćhejtu. Ćwierć tylko, bo nikt nie krytykował go otwarcie (a przynajmniej moje półminutowe poszukiwania nic takiego nie odnalazły), ale na przykład dwóch magistrów dziennikarzy, których całkowicie przez przypadek usłyszałem na głos zastanawiało się w niedzielny wieczór, czemu pojechał tak słabo. Czemu, jadąc przecież tuż za pierwszą dwójką, nie przyśpieszył na ostatnich metrach?! Czemu odpuścił niczym Radwańska jakaś, której już drugi raz z rzędu nie chce się wysilać, żeby zdobyć kawałek złota o wartości pieniężnej mniejszej niż jej tygodniowe zarobki? I wtedy właśnie, będąc wciąż w depresyjnym nastroju po zawodach, zacząłem się zastanawiać nad swoim bieganiem. Kurde, po co spędzać całe godziny na treningach, jeśli nawet olimpijski brąz wydaje się ludziom zbyt małym osiągnięciem? A może przesadzam? Przecież to Polska właśnie, tu zawsze znajdzie się ktoś taki, jak tych dwóch krawiaciarzy, co nigdy nie osiągną ułamka tego, co Majka. A to tylko jedna strona medalu. Z drugiej biegam przecież dla siebie, jeśli wciąż dobrze pamiętam. Nie dla kogoś, nie dla wyniku, dla końcowego miejsca czy czasu, ale po to, by udowodnić sobie, że "nie ma nie mogę". Tyle tylko, że "nie mogę" jest i ma się nad wyraz dobrze...

Tło, czyli background

Z tego, że ostatni tydzień znów nie był idealnym tygodniem przedstartowym, zdawałem sobie sprawę w niedzielę rano doskonale. Co prawda nie biegałem dużo, ostatni - choć dość mocny, bo 15-kilometrowy z dziesięcioma podbiegami w Piątkowisku - trening zrobiłem w poniedziałek, ale potem dwa razy byłem na basenie, gdzie przez godzinę naprawdę popływałem. Niby niedługo, ale jak się szlifuje dopiero technikę, to można poczuć. A, i jeszcze dostawa we wtorek! Jakieś pińcet pudeł z ramoneskami z Pakistanu do wtargania na piętro. Crossfit się chowa. Warto też wspomnieć o ponad 15 godzinach za kółkiem w sobotę (Pabianice-Gołdap-Pabianice, powrót przed 22.00, szybkie pakowanie bo spaliśmy poza domem i nerwowy sen przez pół nocy) oraz KUMie, od którego co prawda minął już miesiąc, ale ciało wciąż miało go gdzieś w pamięci.

Nic więc dziwnego, że wstałem w niedzielę rano z mało wyraźną miną i jeszcze mniej wyraźną chęcią. Jak powiedziałem kilkanaście minut później Maćkowi "jadę tylko dlatego, że za miesiąc Krynica, a wciąż narzekam, że na Kamieńsk nie ma nigdy czasu".

Nie wziąłem czapki!

Kilka minut po ósmej parking pod Górą Kamieńsk był wciąż pusty. Poszliśmy po pakiety i nawet przemknęło mi przez myśl, żeby przepisać się na jedno kółko, ale od razu stłumiłem je głośnym, wewnętrznym uderzeniem się z otwartej dłoni prosto w ryja. "Zamilcz!", ryknąłem (też w myślach oczywiście), "zamilcz głupcze! Czyż nie pamiętasz już, jak w ostatni dzień KUMa rozniosłem Cię w pył? Jak śmiesz w ogóle pojawiać się w mojej głowie!?!"2. Nic dziwnego, że się nie przepisałem, prawda? :)

Brak czapki tylko początkowo wydał mi się złym omenem. Przecież na KUMie3 było o wiele goręcej, wyżej i przeżyłem, to dlaczego dziś, w centrum Polski miałoby być inaczej. Olałem więc sprawę i zamiast poszukać u znajomych, których kilkoro się już pojawiło, jakiegoś zamiennika, to skupiłem się na oczekiwaniu startu. Ba, zrobiłem nawet rozgrzewkę! Nauka nie idzie bowiem w las, co to to nie drodzy Państwo. Pan Piotr pamięta, że na Babiej pomyślał już o tym, że brak rozgrzewki może mieć wpływ na gorsze samopoczucie podczas pierwszych kilometrów, słabsze przebieranie nogami, wolniejsze tempo, a co za tym idzie, stracone minuty w ostatecznym podsumowaniu.

Zaraz, a czy ja nie pisałem właśnie, że biegam dla siebie, a nie dla wyników, czasów czy miejsc? Kłamczuch!

Siły czy głowa?

Była chyba 9:34 jak w końcu wystartowaliśmy. Ustawiłem się w czubie, wciąż jakoś nie lubię zaczynać od końca, poza tym mam wrażenie, że ciągłe wyprzedzanie mnie przez innych działa motywująco, krótki zbieg - początek inny niż w tamtym roku (relacja z pierwszej edycji TUTAJ) - i huzia pod górę! Poszło zgrabnie, zbieg jeszcze zgrabniej, wyprzedziłem na nim chyba wszystkich tych, którzy mnie wyprzedzili na podejściu. Plus jeszcze paru, którzy od początku byli przede mną. Drugie podejście torem downhillowym równie szybkie, oddech i tętno cały czas pod kontrolą, krok po kroku, do przodu, choć czułem już, że nie jest to mój niedawny wyczyn ze stoków Pilska4. "Może rozgrzewka była zbyt krótka", próbowałem sobie wytłumaczyć słabszy początek, "przecież nie raz już tak było, że rozkręcałem się dopiero po kilku tysiącach metrów..."

Niestety, tym razem było inaczej. Z każdym kolejnym tysiącem coraz bardziej czułem, że forma z KU... z ostatnich zawodów rozwiała się gdzieś niczym poranna mgła nad jeziorem. Słońce coraz bardziej grzało, co prawda nie czułem się odwodniony, popijałem małymi łyczkami wodę z softflaska...

Właśnie!!! Druga tego dnia wpadka sprzętowa. W całym tym wieczornym pośpiechu dzień przed zawodami wymyśliłem sobie, że nie biorę bukłaka. Jedno kółko to przecież tylko 25km, z dwoma punktami, a właściwie to trzema punktami z wodą, szkoda więc dźwigać dodatkowy ciężar. Dwa softflaski z przodu wystarczą w zupełności - jeden z wodą, drugi z domowym żelem. I wystarczyły by, nie przypomniałem sobie tylko jednej rzeczy, o której boleśnie przekonałem się już ze dwa miesiące temu podczas długiego wybiegania: kamizelka UD obciążona tylko z przodu obciera mi szyję!!! To chyba przeważyło szalę... od połowy pierwszego okrążenia zastanawiałem się już tylko nad tym, czy zmuszać się do zrobienia całości (w imię treningu do krynickiej setki), czy też zejść, oszczędzając w ten sposób organizm i dając mu nieco więcej wytchnienia.
Tak właśnie wyglądałem na ostatnim tego dnia podejściu... :(
Ostatnie podejście

Wyprzedziło mnie kilka osób, których obecność przede mną naprawdę bolała. Nogi też robiły się coraz słabsze, a w głowie aż szumiało mi od rozmaitych myśli. Ale mimo wszystko jakoś się trzymałem. Trucht, kawałeczek marszu, znowu trucht. Nawet wyprzedziłem kilka osób, choć i sam wciąż byłem wyprzedzany. Głównie przez tych, dla których całe zawody miały się zaraz skończyć, zaczynali więc finiszować...

Wszystko wyjaśniło się jednak na ostatnim podejściu pod kamieński wyciąg. Już na samym początku zrozumiałem, że nie ma sensu, żebym ciągnął to dalej. Tak wolno nie podchodziłem chyba jeszcze pod żadną górę! Miałem nawet wrażenie, że plączą mi się nogi i że zaraz minie mnie najstarsza mieszkanka powiatu, ciągnąca na dodatek dwie zapierające się z całych sił kozy... to było straszne i smutne zarazem. Nawet płakać mi się nie chciało, marzyłem już tylko o zbiegnięciu na dół i skończeniu tej farsy.

Zakończenie

Czas okrążenia to ok. 2 godzin i 44 minut. Około, bo nie mam nawet ochoty włączać zegarka żeby to sprawdzić. Gorzej niż na pierwszej edycji, a przecież minęło całkiem sporo czasu i powinienem być mocniejszy. Tym bardziej, że i Gwint, i Babia i KUM poszły mi tak dobrze. Cóż, chwila nieuwagi i pozwoliłem odżyć demonom spod Śnieżki i Skrzycznego... Magda twierdzi, że to przez moje odchudzanie w ostatnich tygodniach. Może faktycznie za mało jadłem? Ech... nie tylko rozpisywanie, planowanie i pilnowanie treningu biegowego najwyraźniej mi nie wychodzi. Czy ja kiedyś nauczę się takiej systematyczności, żeby to ogarnąć wszystko jak należy?

A najgorsze w tym wszystkim jest już nie to, że naprawdę zastanawiam się, czy skoro nie potrafię/nie mam czasu trenować jak należy, to jest sens stresować się takimi sytuacjami, ale to, że wystarczyły raptem ze trzy minuty siedzenia na ławce po zejściu z trasy, żeby zacząć załować. A już wciąż przypominam sobie uczucie, jakie pojawiało się za każdym razem, gdy czekając na Maćka widziałem ludzi z mojego dystansu, kończących pierwsze kółko niemal godzinę po mnie... I oczywiście "biegnących" dalej...

_______________________
Przypisy:
1 - dzięki pracy nad "Gotowym do Biegu" oraz ochrzanowi, jaki dostałem od konsultanta Łukasza Grassa, nigdy już nie pomylę olimpiady z igrzyskami olimpijskimi. I Wam też to radzę...

2 - no tak, przecież relacji z KUMa jeszcze nie zamieściłem, choć napisałem już ponad dwa tygodnie temu, ale konkurs jest i wciąż czekam, bo nie wiem, czy udział wziąć mogą tylko te relacje, których nikt nigdzie nie opublikował. wiecie, 2,5 stówki drogą nie chodzi, więc dmucham na zimne... :)

* KUM, KUM, KUM... nic tylko KUM, wiem, ale co poradzę, skoro to był epicki bieg i długo już chyba nic nie zrobi na mnie większego wrażenia...

* zgadza się, podejście pod Pilsko miało miejsce podczas czwartego dnia KUMa



0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger