piątek, 5 sierpnia 2016

Urlop w innym wymiarze

Don't cry... don't raise your eye... it's only teenage wasteland... Choć zarówno samo słowo "cud", jak i jego znaczenie ma dla mnie jednoznaczne konotacje religijne (a użycie go kojarzy mi się z przyznaniem, że Bóg istnieje), to nie umiem inaczej określić tego, że istniejemy. Nawet jeśli co chwilę dopadają mnie myśli o ucieczce od swojego życia na drugi koniec świata...


Plaża nad Bałtykiem, niebo pokryte chmurami, szum fal, zimna woda i nastrój, jakby pół naszej rodziny zaginęło nagle w tajemniczych okolicznościach. Czy tak właśnie ma to wyglądać już do samego końca? Jeden dzień radości przetykany trzema dobami depresyjnych pretensji, wymyślonych problemów i odpychanych na siłę pozytywnych myśli? Czy naprawdę nie czeka mnie już nic innego, jak ciągłe życie w cieniu muru zbudowanego z błędów przeszłości? Ile jeszcze razy rzucę się na niego z nadzieją, że tym razem uda się go zniszczyć? Albo chociaż spowodować pierwsze pęknięcie?

Niemal pięciodniowy wyjazd i start w 4-etapowym KUMie był niezwykły nie tylko z powodu pierwszego zwycięstwa nad własną głową, ale przede wszystkim dlatego, że przez kilka dni byłem wśród ludzi ogarniętych pasją. Ludzi realizujących swoje cele pomimo codziennych problemów czy przeszkód, jakie bez wątpienia stawia przed nimi życie. Ludzi dopasowujących swój styl życia, swoją codzienność i swoje plany do tego, co daje im los. Do miejsca, w którym znaleźli się dzięki - lub przez - decyzje i wybory, jakich dokonali zarówno oni, jak i osoby, mające wpływ na ich życie. Oczywiście to wyłącznie moje wrażenie, z żadną z tych osób nie rozmawiałem przecież o tym, czy na co dzień wciąż marudzi i dopuszcza do siebie negatywne myśli, ale przyglądając im się wieczorami, już po zakończeniu rywalizacji, nie widziałem w ich twarzach, ani w ich spojrzeniach tego, co obserwuję czasem w swoim najbliższym otoczeniu.

Zdanie "Wszyscy musimy żyć ze swoimi wyborami" (które przyszło mi do głowy dziś do południa podczas wpatrywania się w ukrytą za horyzontem wyspę Bornholm i rozmyślaniu o tym, czy jakbym dopłynął tam wpław jeszcze tego samego dnia, to czy Duńczycy przyjęli by mnie ze statusem uchodźcy), brzmi prawie jak tytuł jednego z odcinków Sense8 Wachowskich. Czy Lito i Hernando znów będą razem? Jestem niemal pewien, że tak, jaki byłby bowiem sens tworzenia takiego bohatera, jak Lito i nie spowodowanie u niego zmiany? Świetny serial, po pierwszym Matrixie i Atlasie chmur kolejna perełka tego pokręconego siostrzano-braterskiego duetu. Trzeba tylko mieć otwarty umysł i umieć cieszyć się z takich rzeczy, jak muzyka, montaż czy gra aktorów, bo fabuła czasem zgrzyta między zębami... ;) Pomaga przymknięcie oczu, rozmyślne ominięcie tych kilku nie do końca przemyślanych rzeczy i dogłębne przeżywanie całej reszty. I wyławianie perełek, których Wachowscy poutykali w tym serialu całe mnóstwo. Jak chociażby króciuteńka scena, w której Riley wraca do domu, a na lotnisku wita ją jej ojciec. Tych kilka zagranych przez niego na ukulele taktów i fragment nieznanej mi wcześniej piosenki utkwiły mi na cały dzień w głowie. Szybko znalazłem oryginał (Baba O'riley The Who), a potem wędrując wzdłuż jutjubowych podpowiedzi odkryłem Blue Man Group... po czym dwie godziny zleciały nie wiadomo kiedy... co za goście... zresztą sami sprawdźcie, jak zagrali i zmienili ten kawałek:


Nie wiem, jak Wam, ale mnie odkrywanie takich rzeczy sprawia wiele radości, a przede wszystkim sprawia, że nawet najgorszy dzień z najgorszym dołem, na dodatek spędzony na wypełnionej januszowymi parawaniarzami plaży, daje się przeżyć.

Tak więc... zostaję.

Zresztą, ani moja "żabka", ani tym bardziej "kraul" nie są tak dobre, bym przepłynął te sto kilometrów :)

Jeszcze...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger