piątek, 30 września 2016

Bieg Siedmiu Dolin inaczej, czyli nieudane pożegnanie z górami

Skoro kilka dni temu byłe po raz pierwszy oddać krew, to równie dobrze dziś mogę wreszcie skończyć opisywać mój debiut w górskiej setce. I choć patrząc wyłącznie na statystyki wypadłem żenująco słabo, to udział w krynickim Festiwalu Biegów uważam za jeden z ciekawszych w moim krótkim życiu ultrasa...

Jak to mówią, klamka zapadła. Zostanę (mam nadzieję, że dzisiejsze 25 km w pięciopalczakach nie spowoduje odrzucenia jutro mojej kandydatury) honorowym krwiodawcą. Tyle lat gdybania, myślenia i mówienia przy różnych okazjach o tym, że chcę, że to niemalże obowiązek każdego zdrowego człowieka, że gloria i chwała po wsze czasy i chyba w końcu to zrobię. Piszę "chyba" nie dlatego, że ucieknę sprzed wejścia jak kiedyś zwiałem przed borowaniem siódemki, ale dlatego, że przecież mogą nagle znaleźć mi jakieś choróbsko, zacznę po dzisiejszym wypadzie do lasu kaszleć lub kichać, albo zwyczajnie spadnie mi na głowę rosyjski satelita tuż po wyjściu z domu.

Krynica - piątek

Nawet w siedzeniu w nagrzanym, pozbawionym klimatyzacji samochodzie można dopatrzyć się na dzień przed startem w ultra pozytywnych akcentów.

- Myślmy o tym, jak o aklimatyzacji przed jutrzejszą patelnią - powiedziałem, czując jednocześnie kolejną kroplę potu, spływającą mi po łydce. - Klima mogłaby na przykład spowodować katar, a tak... mamy przedsmak tego, co będzie działo się jutro po wyjściu z Piwnicznej. Fajnie, co?

Nikt z pozostałej trójki siedzących w samochodzie osób jakoś nie pociągnął żartu, przez co spychany w głąb podświadomości lęk przed upałem wypełz na wierzch i zaczął skrobać mnie obgryzionymi paznokciami tuż za lewym uchem. Bo choć od samego początku postanowiłem podchodzić do B7D na luzaku (tzn. co ma być to będzie), to jednak chciałem pożegnać się z górami w dobrym stylu, umęczyć się, dać z siebie wszystko, biec na płaskim, szaleć na zbiegach i żwawo pokonywać wszystkie podejścia. I tych myśli się trzymałem, wyglądając w dość częstych chwilach ciszy przez okno i przyglądając się coraz bardziej pofałdowanemu terenowi.

Pokój ładny, domek nie tak daleko od startu i co ciekawe, tuż przy ulicy, którą w nocy wylatujemy z Krynicy na pierwsze podejście. Pakiety też odebraliśmy szybko i sprawnie, po czym zaproponowałem zwiedzanie "expo". Tak już mam (zostało mi chyba z czasów, gdy mięso dawali na kartki, a ściany mojego pokoju zdobiły pudełka po papierosach), że lubię łazić i oglądać, choć doskonale wiem, że mam wszystko, co niezbędne. Chociaż może i skusiłbym się na czapkę z daszkiem, który można odgiąć do góry, ale szkoda mi było stówki, którą pan z buffa zawołał. Krótkie przywitanie z chłopakami z ULTRA (kolejny numer będzie znów z moim tekstem!), krótkie wahanie przy stoisku Napierajów (co ja mam we łbie, że nie podejdę i nie poznam się w końcu z takim kimś, jak Dołęgowski Krzysiek, to naprawdę nie wiem i chyba nawet mój psychiatra nigdy tego nie rozkmini) i wyszliśmy na krynicki deptak. 

A potem już tylko jakieś jedzonko (zdaje się, że o nazwie "kiszka bacy" albo "kicha zbója") i już było przed 19:00. Nawet tu, przed biegiem na sto kilometrów, czas ani na chwilę nie zwalnia, tylko przyśpiesza jeszcze bardziej, przez co pytania o sens tej ciągłej gonitwy nabierają dodatkowego wymiaru i niespotykanej głębi. 

Odpuściłem odprawę. Byłem na niej dwa lata temu i źle mi się do dziś kojarzy, poza tym naprawdę chciałem wrócić już do pokoju, naszykować się na start, zmiksować żele, usiąść, poczytać, pogadać chwilę z Maćkiem i Adamem, no i zasnąć. Zasnąć i przespać kilka godzin. Tak normalnie, w samych majtkach, z kołdrą podwiniętą między nogi, poduszką złożoną na dwa razy pod głową i ręką opartą o ścianę. Chociaż tyle i aż tyle... Zawsze zazdroszczę tym, którzy przyjeżdżają na miejsce zawodów przynajmniej dzień wcześniej, dzięki czemu mają czas na spokojnie przełączyć się z trybu codziennego na tryb startowy, odpocząć, zwolnić myśli, naszykować się dokładnie, sprawdzić wszystko po dwa razy (nie żebym musiał, po niemal trzech latach przygody z ultra nie muszę już po pięć razy zastanawiać się nad każdym drobiazgiem, ale kilkanaście godzin przedstartowego spokoju to musi być coś niesłychanie fantastycznego), usiąść wieczorem z kubkiem słodkiej kawy, a i tak mieć jeszcze godzinę do pójścia spać i co najmniej siedem do startu... 

Mnie udało się przespać głębokim snem ponad cztery. 

Sam bieg


Ustawiliśmy się z Maćkiem z przodu, drugi, może trzeci rząd, w końcu to nie MP na 5 km, poza tym pierwsze kilkaset metrów tej setki to szeroki deptak i równie szeroka ulica, można więc spokojnie postać kilka chwil z elitą, pozerkać z zazdrością w kierunku Świerca Marcina, popatrzeć niedowierzająco na wyniosłą postać (i minę) Lewandowskiej Edyty, skomentować pod nosem jakiegoś wypieszczonego fana literki S (S jak solarium, Salomon i  salon męskiej urody) i dać sobie zrobić zdjęcie Walczewskiemu Michałowi, redaktorowi naczelnemu Maratonów Polskich, na którym wychodzi się co najmniej dziwnie. A potem wystartować wreszcie, ruszyć ku przygodzie, w nieznane, z głową już spokojną, bo przecież już po odliczaniu, już w biegu, więc nawet jeśli się czegoś nie zabrało to i tak nie ma to już znaczenia...

fot.: Maratony Polskie - M. Walczewski. Jedyna fotka z tej imprezy :)


Asfaltowe podejście szybko się kończy, zaczyna las i marsz, wokoło noc i szuranie setek par butów. Jest fantastycznie chłodno, Krynica błyskawicznie chowa się za pierwszym wzniesieniem na trasie i już zbiegamy, choć dopiero co ruszyliśmy. Latarka Photon od Mactronica ze świeżym akumulatorkiem jak na razie daje radę, ale szybko pojawia się wrażenie, że nie czuję jakoś zbiegu, że hamuję, odchylając się w tył i obciążając uda. Może gdyby nie Czarny Potok, gdyby nie asfalt, którym wolniutko podbiegam, zwróciłbym wtedy na to większą uwagę, ale tak się nie stało, bo powoli zacząłem przełącząć się w tryb wielogodzinnego parcia do przodu.

Dwa lata temu, choć była to wersja krótsza (moje wspomnienia TUTAJ), też zaczynałem w Krynicy, też w nocy i też niemal równo ze świtem wpadłem na pierwszy punkt przy schronisku na Hali Łabowskiej. I chyba było podobnie jak wtedy, czas 2:39:40, pik, pik na macie, po czym zdjąłem niepotrzebną już czołówkę, wypiłem ze dwa kubki izo, zjadłem pół banana, z jedną garść rodzynek chyba i już maszerowałem w las, by za chwilę skończyć przeżuwać i znów biec w stronę Rytra, gdzie najpierw czekał na mnie zbieg (dużo mniej błotnisty niż dwa lata temu, a i tak miałem wrażenie, że o wiele wolniej zbiegam), a potem, już za przepakiem (czas na 34 km 04:29:34), czekało podejście na Przehybę i Radziejową, to samo które dwa lata temu zmiażdżyło mnie, przeżuło i pokazało jaki jestem w górach cieniutki. a które tym razem tylko mignęło mi przed oczami (będąc na mostku tuż przed wejściem w las, ze wzrokiem utkwionym w skryty gdzieś wysoko wśród drzew wierzchołek, wypowiedziałem pod nosem coś w rodzaju "tym razem to ja skopię ci dupę", naprawdę tak było!)
 

A potem minąłem 50 km trasy z czasem 6:50 i przez dwa kilometry jeszcze łudziłem się, że jest szansa na 14 godzin, bo czułem się dobrze, coraz bardziej zmęczony rzecz jasna, ale głowa nauczona pracy na tłuszczach wciąż pchała do przodu, dawaj, dawaj, teraz kawałek w dół, potem zbieg do Piwnicznej po tych koszmarnych płytach, ale olej płyty, nie myśl o tym, przelecisz je tak samo jak podejście na Przehybę, upał też przecież nie daje ci się tak mocno we znaki, co prawda chyba za mało zjadłeś i wypiłeś, ale nie aż tak mało, żeby paść tu zaraz obok ścieżki, ciśnij, ciśnij, idziesz, ku#@!wa idziesz...

A potem umarłem po raz pierwszy.

Już na tych pieprzonych płytach wiedziałem, że coś poszło nie tak, że albo picie, albo jedzenie, albo brak biegania po górach, albo wszystko po trochu, bo z każdym niemal krokiem uda coraz bardziej dawały mi się we znaki. W Piwnicznej mam czas 09:01:20, lepiej niż dwa lata temu, ale nawet nie patrzę na zegarek, piję, szukam worka z przepaku (żel z masła orzechowego i oleju kokosowego niemal się zagotował, ale i tak zmuszam się do wypicia połowy naszykowanej porcji, choć do softflasków już nie nalewam, jest mi wszystko jedno, powtarzam sobie tylko, że zostało już tylko 36 kilometrów, że najgorsze przecież za mną, że Radziejowa już z tyłu, że do podejście za Rytrem już z tyłu, że teraz to już ta najłatwiejsza część trasy...

O miejska naiwności mieszczucha z miasta! Napisać, że przynajmniej trzy razy byłem bliski zejścia z trasy, to nic nie napisać. Zaręczam jednak, że gdybym w Piwnicznej wiedział, jak wykańczające w takim upale będą wszystkie z czekających mnie pięciu podejść, to na pewno bym dalej nie ruszył. A tak... aż do Runku po prostu wstydziłem się zawrócić, więdząc, że będę musiał znieść spojrzenia co najmniej kilkuset osób prących uparcie pod górę.

Co zrozumiałem podczas i tuż po krynickiej setce?

Minęły już czasy, kiedy wydawało mi się, że relacja z biegu powinna zawierać opis każdego kilometra, a nawet każdego mijanego drzewa czy przeskoczonego kamienia. Nie ten blog i nie ten prowadzący, znudziło mi się już dawno pisanie takich elaboratów, opisywanie piękna wijącego się za mną płomiennego węża utworzonego z kilkuset czołówek (w tym roku ani razu nawet się nie odwróciłem), pianie z zachwytu nad cudownością górskich wierzchołków o poranku oraz przeżywanie ponownego orgazmu na samo wspomnienie uczucia, jakie wstrząsało mną w chwili przekraczania mety. Dziś uważam, że ważniejsze dla mnie jest pisanie o popełnionych błędach, spełnionych planach i rzeczach, których się o sobie dowiedziałem, niż tworzenie kolejnego wypracowania o udziale w zawodach. Choćby i w punktach, ale samo sedno, czyste, krwiste ultramięcho odarte ze skóry, kości i niepotrzebnego tłuszczu. A więc:

Wniosek pierwszy - poświęcam zbyt mało czasu na bieganie, żeby myśleć o dobrym wyniku na takim dystansie. O braku gór i tzw. "drapania pionu" w ogóle nie wspomnę. Przecież do połowy dystansu szło naprawdę nieźle, a potem, gdy najwyraźniej przekroczyłem granicę, do której pokonania moje nogi nie były przygotowane, był już jeden wielki dramat.

Wniosek drugi - użycie słowa "bieganie" zamiast "trenowanie" jest nieprzypadkowe, gdyż Krynica po raz kolejny udowodniła mi, że prawdziwa walka o przyzwoite miejsce musi opierać się w moim przypadku na planie. Trening typu "a co mi tam dziś przyjdzie do głowy" działa, jeśli moim marzeniem jest ukończyć. A nie jest. Czas 16:05:44 to żenada. Ukończyłem, bo w pewnym momencie powiedziałem sobie dwie rzeczy: skoro wciąż powtarzam synowi, że trzeba kończyć to, co się zaczęło, to co powiem mu, jak zejdę? Że nie było sensu cisnąć do końca? I druga, że przecież właśnie dlatego w ogóle zacząłem biegać, żeby odstawić leki, wzmocnić głowę, wywołać w sobie poczucie sensu istnienia, potrzebę walki o lepsze jutro...

Wniosek trzeci - zaczynam już twardnieć na tyle, że po setce w górach nie mam pęcherzy, otarć, nie rozkłada mnie żadne choróbsko i nie dopada mnie żadna kontuzja. Czasy, gdy kończyłem bieg i na drugi dzień nie mogłem chodzić, bo skóra ze stóp schodziła mi całymi płatami już chyba minęły :)

Wniosek czwarty - wciąż popełniam błędy żywieniowe i za mało piję oraz jem podczas pierwszych godzin zawodów.
 
Wniosek piąty - tłuszcz jako główne, a w zasadzie jedyne paliwo nie sprawdza się podczas tak długich dystansów, co potwierdziła niemal natychmiast Dominika Stelmach, pisząc w komentarzu na FB, że choć na co dzień jada mało węgli, to jednak B7D wygrała dzięki podjadaniu prostych węgli. Czas to przemyśleć i zmienić.

Wniosek szósty - naprawdę chcę zmierzyć się z płaskim bieganiem i pojechać za dwa lata na Spartathlon. W góry nie mam się co pchać bez odpowiedniego przygotowania, a tak proszę, cel na tę zimę już mam: złamać wiosną 40 minut na dychę i przebiec sto kilometrów w dziesięć godzin.

Wniosek siódmy - bieganie na dobrym poziomie to naprawdę męczące zajęcie, które może przynieść naprawdę dużo satysfakcji. Łatwo jest usiąść na kanapie, poczytać książkę i zjeść do tego paczkę solonych orzeszków czy pół słoika nutelli (i naprawdę powinno się to robić - czytać znaczy, bo nutellę lepiej sobie darować). O wiele łatwiej niż wyjść nad ranem, czy tuż przed północą żeby zrobić ciężkie interwały (że o codziennym niemal odmawianiu sobie większej porcji niepotrzebnych i słodkich kalorii nie wspomnę). 

Zakończenie

W sobotni wieczór, już po biegu byłem umęczony, ale jeszcze dzień wcześniej nie o takim zmęczeniu myślałem. Owszem, każdy mięsień bolał mnie przy najmniejszym nawet ruchu, nie mogłem nawet wziąć głębszego oddechu, bo międzyżebrowe protestowały dziwnym uczuciem, jakby coś chciało wydostać się spomiędzy żeber, ale poza tym stało się coś jeszcze. I to nie z głową, która chciała - dzięki niej przecież w ogóle dotarłem do mety - ale z całą resztą mojego ciała. Ciężko to wytłumaczyć, ale na ostatnich 20 km wydawało mi się, że mięśnie mają już tak bardzo dosyć, że po prostu odmówią posłuszeństwa przy pierwszym źle postawionym kroku, przez co zwalę się jak kłoda na środku ścieżki i ratownicy będą mnie zbierać czerwonego ze wstydu i umierającego (też ze wstydu) pod spojrzeniami tych wszystkich mijających mnie w między czasie osób...

Jestem pewien, że na pytanie, co było tego przyczyną, już w tym wpisie odpowiedziałem. Wciąż brak mi doświadczenia, rozumu i - a właściwie to przede wszystkim - wybieganych kilometrów i godzin spędzonych na ćwiczeniach siłowych, wzmacniających korpus, ręce i nogi. Planuję od listopada co najmniej godzinę tygodniowo spędzać w crossfitowej sali, ale co z tego wyjdzie, jak Młody będzie już świecie? Nie mam pojęcia...

Czy, tak jak zamierzałem przed startem, dałem z siebie wszystko? Czy pożegnałem się z górami? I tak i nie, bo jakby nie patrzeć ukończyłem, czego nie udało się zrobić chyba jednej trzeciej zawodników i co wymagało naprawdę silnej chęci dotarcia do mety. Z drugiej strony nie o takie "danie z siebie wszystkiego" mi chodziło. Chciałem przecież biec, truchtać i podchodzić energicznie przez całą drogę, a nie wlec się noga za nogą przez niemal 30 kilometrów...

A jeśli o pożegnanie chodzi to... cóż, wychodzi na to, że jeszcze do niego nie doszło... :)


 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger