środa, 21 września 2016

Las w nocy, dojrzewanie książki, pierwszy śnieg i trening mentalny


I znów minie pewnie z miesiąc nim coś napiszę o zawodach. Bieg 7 Dolin przyszedł, ścisnął mnie w swoich rozpalonych słońcem łapskach i rzucił półprzytomnego do rowu. Ale zbieram się po tym łomocie całkiem nieźle, mam już za sobą kilka treningów, w tym jeden, zakończony niecałą godzinę temu... noc, las, niezbyt mocne światło z czołówki i całkiem udane próby wejścia w biegowy trans.
To był jeden z tych wieczorów, podczas których wyjście na trening stało pod wielkim znakiem zapytania. Dziś akurat cały dzień w pracy, potem szybki wjazd do mieszkania, w którym razem z synkiem zrobiliśmy kilka dziur pod listwy przypodłogowe (sąsiedzi pewnie już zrywali dupska z foteli, bo jak tu serial dokończyć, skoro ten pieprznięty Pazdej spod czternastki wierci udarem w środku nocy po dziewiętnastej), potem było krótkie głaskanie projektu o kryptonimie "Drugie Podejście", ale dziś nie kopał, pływał sobie spokojnie, ćpając żelazo z wątróbki wołowej, którą moja mama zrobiła specjalnie dla M. i zastanawianie się, czy warto wychodzić pobiegać, bo przecież wciąż bez planu, wciąż nie wiadomo ile i jak szybko, w ogóle nie wiadomo, czy po Krynicy to ma sens, czy organizm nie powinien jeszcze trochę odpocząć...

- Idź, pobiegaj trochę - powiedziała M., widząc te egzystencjalne rozterki wypisane na mojej twarzy i kładąc obie dłonie na brzuchu, skrywającym wyjątkowo spokojny obiekt o roboczej nazwie "Młody". - Idź, a ja poczytam z O. "Tajemniczy ogród", bo za dwa tygodnie zaczynają omawiać pierwszą lekturę.

Więc poszedłem, założywszy wcześniej buty z Lidla, ale nie te, których nie mogę zamęczyć od dwóch lat ponad (o, TE właśnie), ale nowe, leżące tyle samo i czekające na swoją szansę. Już po niecałym kilometrze cieszyłem się z podjętej dzięki M. decyzji, a gdy tylko wpadłem w końcu do lasu wiedziałem też, że czeka mnie dobry trening...

Trudno chyba o lepsze warunki do biegania niż leśna ścieżka w nocy, temperatura ok. 14 stopni (zgaduję, teraz google mówi, że w Pabianicach jest 11), światło z niezbyt mocnej czołówki i głowa wypełniona emocjami, które wywołał we mnie tekst "Stres, koncentracja, spokój – moja droga do 244 metrów na bezdechu"Mateusza Maliny, rekordzisty świata w DNF (co w pierwszej chwili mój mózg odczytał jako did not finished:). Przeczytajcie, a potem obejrzyjcie na YouTube filmik z tego wydarzenia (koniecznie w tej kolejności), bo to coś niesamowitego, szczególnie jeśli uprawiacie jakiś sport, choć może niekoniecznie jakiś, trudno mi bowiem wyobrazić sobie, żeby piłkarze grali w takim transie (a nie przepraszam, podobno stołeczni Legioniści tak grali ostatnio z Borussią) albo żeby robiły to gwiazdy Red Bulla podczas kolejnego bicia nikomu niepotrzebnego rekordu w najszybszym zjechaniu rowerem z Czomolungmy. Ale bieg, a już bieg na dystansie ultra to niemal wprost wymarzona dyscyplina i dziś, a właściwie to już wczoraj, kilka razy udało mi się skupić na oddechu, kawałku oświetlonej ścieżki i pracy nóg tak bardzo, że cała reszta odpłynęła gdzieś w dal, zniknęły wszystkie myśli, zmartwienia i nadzieje, i byłem tylko ja i las i bieg, podczas którego (chyba) zrobiłem życiówkę na pięć kilometrów, dychę przebiegłem w 49 minut, a całość zakończyła się na czternastu kilometrach i godzinie z ośmioma minutami...

I na koniec zapiszę sobie jeszcze tylko, że jak nie byłem w transie, to myślałem o książce, tak, mojej książce, powieści roku, dekady, a może nawet i stulecia, tej samej, którą napiszę, jak tylko dojrzeje do końca i spadnie z wciąż pozostającej poza moim zasięgiem gałęzi wprost w moje nadstawione łapczywie ramiona...


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger