wtorek, 25 października 2016

VII Półmaraton Szakala, czyli tłuszcz jednak sam nie biega...

Miało być cudnie. Ciężko i upodlająco, ale jednak pięknie. A wyszło... no może nie jak zwykle, ale z piękna to ten mój wczorajszy start w Łagiewnikach nic nie ma.


Godzina pięćdziesiąt jeden i trzydzieści trzy sekundy. Średnie tempo pięć minut, siedemnaście sekund na kilometr. Miejsce dwieście pięćdziesiąte ósme. Wrażenia niezwykłe. Morale zadziwiająco wysokie. Poziom satysfakcji poniżej zera...

Przygotowania

Nie jest tak, że nic nie trenuję. Czy raczej nie biegam, bo coraz bardziej i bardziej, przy okazji każdego startu, utwierdzam się w przekonaniu, że to, co robię, trenowaniem nie jest. Dwa, a nawet trzy wyjścia  z domu tygodniowo, podczas których przebiegam ile się da w godzinę, czasem w godzinę piętnaście, to nie jest trening, tylko ubijanie podłoża. Wciąż w okolicach progu mleczanowego - choć z drugiej strony skąd niby miałbym to wiedzieć, skoro pulsometr zarasta już chyba mchem w szufladzie?! - wciąż na wysokim tętnie. A gdzie biegi w pierwszym zakresie? Gdzie regeneracyjne wytruchtania? Gdzie rozciąganie, wzmacnianie mięśni głębokich, ćwiczenia na deseczce? Ano w dupie niestety, bo choć stuknęły mi już cztery dychy, to wciąż nie potrafię dwóch rzeczy: trzymać się planu i żyć według kalendarza.

Półmaraton

VII Szakal to mój drugi start na dystansie półmaratonu. Pierwszy (relacja TUTAJ) przebiegłem ponad dwa lata temu i... uwaga, proszę usiąść... przebiegłem go szybciej o cztery minuty! Co z tego, że po płaskim asfalcie?! Dwa lata! Dwa lata "trenowania", startowania w zawodach ultra, a ja po głupim lasku nie mogę zrobić życiówki?!

I jakim cudem chce mi się w ogóle dalej biegać?

Ale znów zbaczam z tematu, nie o rozdrapywanie ran przecież chodzi w tym moim prowadzeniu tego dzienniczka, w tym publicznym ekshibicjonizmie tak dalekim przecież od mojego prawdziwego "ja", pragnącego ciszy i samotności, spokoju poranka z kubkiem kawy na werandzie i widoku lasu w odległości kilkudziesięciu metrów...

Po porannym deszczu dawno już nie było ani śladu, gdy razem z Adamem zacząłem się rozgrzewać. Kilometr truchcikiem wokół stawu, trochę skipów, parę przebieżek, wokół dziesiątki ludzi, mężczyzn, kobiet, dzieci nawet, a wszystko to w promieniach przebijającego się coraz śmielej przez grubą warstwę chmur słońca. Wracamy do samochodu, gdzie postanawiam zdjąć jedną warstwę i zostaję tylko w letnim w zasadzie bezrękawniku Brubecka i wiatrówce Dare2be, która dla mnie jest odkryciem ostatnich tygodni. Czuję chłód, ale wiem, że już za kilkanaście minut całkowicie o nim zapomnę. Cały też czas staram się ruszać, a to kilka skipów, a to trzydzieści metrów sprintu, a to kręcenie kostką lewą, potem prawą... w głowie cały czas mam tekst Bartka Olszewskiego o rozgrzewce, z którego w końcu dotarło do mnie, że półmaraton to nie ultra, tempo już na starcie będzie tu zupełnie inne, większe, intensywność całości również dużo większa i że tych kilkadziesiąt minut przed startem naprawdę może dużo zmienić.

W końcu ruszamy. Ustawiam się mniej więcej w połowie swojej "fali" (start odbywał się w trzech grupach: równo w południe Panie, piętnaście minut później pierwsza grupa facetów i następna po kolejnych dziesięciu) i cisnę asfaltem pierwszy kilometr w cztery czterdzieści coś tam, czyli dużo za szybko, o czym od razu uświadamia mnie dość szybki oddech. Lekko zwalniam, tyle wiem, że takie tempo zabije mnie już po pięciu kilometrach, kończymy asfalt, nawrót niemal o 180 stopni, lekki, krótki podbieg żwirową ścieżką i odbijamy w lewo wzdłuż ściany drzew, gdzie znów przyśpieszam, ale równie szybko decyduję się jednak nie szarżować i podejść do całości z chłodnym wyrachowaniem, na co mogę sobie pozwolić, bo wrzątek pierwszych dwóch kilometrów już wykipiał, przez co poczułem nawet pierwszy swądek przypalonego garnka...

I stało się... Już na szóstym kilometrze wiedziałem, że z trzymania tempa pięć zero zero na kilometr nic nie będzie. Łudziłem się jeszcze przez jakiś czas, że to uczucie ciężkich nóg za chwilę minie, że energia powróci, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie wspaniale... Przecież las taki piękny, pogoda wyborna, wokół mnie setki biegaczy... Może i tak by się stało, gdyby nie... gazy. Nie wiem, co się od jakiegoś czasu dzieje, ale już po kilkudziesięciu minutach szybszego biegu zaczynam prykać, a jeśli tego nie zrobię - tak, jak na Szakalu wczorajszym, bo zwyczajnie wstyd mi było przed innymi biegaczami, choć kilka razy zwyczajnie nie wytrzymałem - to pojawia się ból i mam wrażenie, że pęknie mi zaraz coś w środku...

Trochę jeszcze odżyłem kilka razy, ale po pierwszym parowie, pod który podszedłem było już pozamiatane. Podszedłem... PODSZEDŁEM pod... no nie wiem nawet, jak to coś nazwać, bo przecież nie "górką" nawet, nie chcę obrazić żadnego wzniesienia, pod które dane mi było wciągać swoje żałosne dupsko... Wybrzuszenie terenu może? Kupka ziemi i pasku? Zwał, jak zwał, miało to to może z pięć metrów w pionie, nachylenie takie, że nawet przedszkolak nie bał by się po tym zjechać na rowerze, a ja przestałem biec i zdobyłem ten łagiewnicki Mount Everest marszem... Dobrze, że na trasie żaden z tych smutnych wolontariuszy (zdaje się, że w większości były to dzieciaki z ośrodków jakichś łódzkich, że orgowie zrobili to specjalnie, chcąc wyciągnąć je do ludzi, pokazać sport od kuchni, zarazić jakąś pasją może czy coś w tym rodzaju, ale to chyba nie działa, w każdym razie mnie było niemal przykro patrzeć na te smutne i znudzone twarze - o ile w ogóle twarz było widać, bo część z nich siedziała albo w za dużych kapturach, albo patrzyła się w swoje stopy, albo siedziała tyłem...) nie stał z lustrami, bo musiałbym się wyrzygać, gdybym tylko na siebie w tym cudownym lesie spojrzał...

Gazy i dieta

Najważniejszy sprzęt każdego biegacza, głowa, zawiodła mnie po raz kompletny. Znów za linią metą nie musiałem upaść z wyczerpania, znów nogi się pode mną nie ugięły i znów nie miałem problemu z unormowaniem w trzydzieści sekund oddechu... :( I tylko odejść troszkę na bok musiałem, żeby puścić wiatry i nikogo nie przyprawić o mdłości... Skąd to ciśnienie się we mnie zbiera? Czy za łapczywie oddycham może, część powietrza najzwyczajniej połykając? Przecież nie zmieniam diety na dzień przed zawodami i nie jej kilograma grochu z kiszoną kapustą, a mimo to ruszam, wrzucam czwarty bieg i po kilku minutach albo głośno oznajmiam światu, że biegnę, albo zaciskam zęby, żeby nie krzyknąć z bólu...

A skoro już przy diecie się znaleźliśmy, to przyznam, że powoli zaczynam uznawać swój tłuszczowy projekt za częściową porażkę. Jednak dieta nie biega i bez odpowiednio zaplanowanych treningów przyśpieszyć się nie da. Dłużej owszem, szybciej też, ale tylko na krótkim odcinku, gdyż powyżej kilkunastu minut zaczynają się schody. Co nie znaczy, że nauczenie organizmu efektywniejszego spalania komórek tłuszczowych nie ma sensu, ale o tym na końcu, a kto wie, może nawet i w kolejnym ULTRA coś przeczytacie ;)

Koniec

Ale i tak jest nieźle, bo choć znów mi nie poszło, znów dałem ciała, znów pozwoliłem głowie przejąć stery, a mimo to najchętniej już dziś, teraz właśnie, tuż przed końcem poniedziałku i z początkiem wtorku rzuciłbym to wszystko w cholerę, olał bloga, przełożył kolejny tekst dla Ultra, zapomniał na chwilę o tłumaczeniu i poszedł biegać. W noc, w deszcz (chyba pada, nie chce mi się wstać od biurka, żeby sprawdzić, ale kot właśnie wskoczył mi na kolana i jest cały mokry, więc albo wlazł pod kran w kuchni i odkręcił sobie wodę, albo obsikał go nasz starzejący się, kulejący i przygłupi wilczur, albo pada właśnie), w ciemność, byle dalej, byle znów poczuć uciekającą spod ziemię i przejrzeć się w swoim oddechu... To naprawdę niezwykłe w moim przypadku, że Pewnie, że chciałbym biegać szybciej (półmaraton z marszu w godzinę trzydzieści, choć raz złamać trójkę w maratonie, Ultra Sky Babia Góra kończyć po sześciu i pół godzinie od startu czy ukończyć Spartathlon za dwa lata, ale nie to jest już dla mnie najważniejsze. Nie chcę katować się i poświęcać innych rzeczy po to, żeby przesunąć się o kilka miejsc w generalce. Uda się to uda, nie to nie, najważniejsze jest, żebym nie przestał biegać. Bo dzięki temu, że biegam dzieją się w moim życiu rzeczy wprost fascynujące. Rzeczy, których z braku czasu nie jestem w stanie wykorzystać, ale coś muszę wybrać, nie rozczworzę się, ani nie rozciągnę doby tak, żeby na wszystko wystarczyło czasu... I dlatego właśnie nie mogę przestać się ruszać...

I jeszcze jedno: choć dieta tłuszczowo-białkowa nie sprawiła, że stałem się lepszym biegaczem (jeszcze, wciąż bowiem wierzę w to, że to dobra droga, wymaga tylko dokładniejszego przemyślenia i paru modyfikacji), to na pewno jej właśnie zawdzięczam tę dzisiejszą chęć pobiegania i uśmiech na twarzy, gdy piszę te słowa... ;)

1 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger