piątek, 13 stycznia 2017

Nowy rok, nowostare plany

Połowa stycznia, a ja biegałem chyba ze cztery razy. I właśnie wróciłem z tego czwartego razu, który był zarazem pierwszym też połączonym z wejściem do wody. Bieg mnie nie oczyszcza już tak, jak kiedyś, za rzadko to chyba robię, choć cel mam i powinien mnie on napędzać, ale lodowata woda już tak. Siadam więc, bo choć dochodzi dwunasta, to jeszcze muszę drugiego etatu trochę dziś zaliczyć...

Nie tylko bieganie kuleje, z regularnym notowaniem swoich wspomnień, przelewaniem myśli na ekran monitora jest podobnie, a nawet jeszcze gorzej, bo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy na pewno przebiegłem więcej metrów, niż na UD napisałem znaków. Co nie znaczy, że zapomniałem już, jak wygląda klawiatura komputera czy monitor, jak myszka układa się w dłoni, jak to jest cudownie odsunąć się przed trzecią nad ranem od biurka, wypić ostatni łyk zimnej już od dawna kawy lub herbaty, wyciągnąć na materacu, odpalić czytnik i obudzić się kilkanaście minut później, zachłystując własną śliną...

Jest kilka rzeczy, które chciałbym w tym nowym roku zrobić. Jak co roku zresztą, i jak co roku dziś też powtarzam sobie, że tym razem naprawdę się postaram. Nie oznacza to oczywiście, że nic nie robię, że nic nierobiłem przez ostatnie dwanaście miesięcy, ale nie było to robienie tego, co chciałem, choć to złe jest w sumie określenie, bo nie było też tak, że robiłem wyłącznie to, czego nigdy robić nie zamierzałem.

Na pewno pomyślę sobie o fejsbukowym koncie, coś w tym medium jest, a właściwie to jest coś w tym, że pisze się, wywnętrznia i od razu wiadomo, czy ktoś to czyta, czy lubi, czy może znów się wkurwił, że na jego łolu znów pojawiły się moje wypociny. Starzeję się, choć zewnętrznie wciąż tego nie widać, i chyba zaczyna doskwierać mi potrzeba zdobycia nikłego choćby uznania, potwierdzenia najdrobniejszego tego, że robi się coś fajnego, że ma się talent, że cała ta moja niespełniona miłość do układania liter w zdania może zmienić się w czyjś uśmiech, czyjąś zadumę, smutek, nostalgię...

I chciałbym też odwdzięczyć się tym wszystkim firmom, które dały mi sprzęt do testów i uprzejmie nie piszą do mnie, że jestem dupek, bo mija już pół roku, a ja wciąż nie napisałem o ich spodenkach czy butach ani słowa. Przepraszam Państwa bardzo serdecznie, ale obiecuję, że to się zmieni, produkty Państwa są dobre i nie muszą się Państwo obawiać, że napiszę niepochlebną recenzję...

No i ta dwójka przecież, jeden już nastolatek, do drugiego dociera dopiero powoli, że ten brodaty ktoś, to chyba ktoś, do kogo można się uśmiechnąć, gdy już się pojawia w zasięgu wzroku. Jeden zaniedbany, a jak będzie z drugim? Czy fakt, że dwóch jest zmieni coś w relacjach z pierwszym? Męczą mnie coraz częściej wyrzuty sumienia, ot, kolejny znak posuwającego mnie czasu.

I na koniec już tylko wrzucę sobie tu na pamiątkę to, co napisałem na grupie tajnej morsów lokalnych, pod wpływem adrenaliny jeszcze będąc:

"Cześć, znów z serii "muszę, bo się uduszę", ale w temacie grupy więc chyba nikt gniewał się nie będzie. Otóż chciałbym się z Wami podzielić tym, że połączyłem dziś właśnie, niedawno całkiem (jeszcze we mnie buzuje), bieganie z morsowaniem. Pomysł wpadł mi do głowy na drugim kilometrze, na trzecim wiedziałem już, że jeśli będzie przerębel to włażę. Dokręciłem sobie do pięciu, wpadłem na Lewityn i... był! Jak już w samych gaciach stałem nad tym małym ciepłym otworkiem, w którym pływało więcej pokruszonego lodu niż wody, to przez chwilę zwątpiłem. Czy dobrze robię? Czy to zdrowo? Nie mam przecież ręcznika, jestem rozgrzany, jacyś gimnazjaliści co prawda są, więc jak złapie mnie skurczy czy dopadnie zawał to pewnie zdążę krzyknąć i zadzwonią pod 112, robiąc wcześniej zdjęcia na fejsa, czy się nie przeziębię aby... Ale wlazłem. Rozległy się gromkie brawa, to gimnazjaliści świętujący już ferie chyba, zaczęli wyrażać swój podziw moim wyczynem, nie więdząc przecież, że chciałem tej chwili dla siebie, trochę spokoju, zamknięcia oczu, uspokojenia oddechu... Byłem w wodzie może minutę, mimo tego, że czułem się niesamowicie, to jednak bałem się wychłodzenia, czekało mnie przecież jeszcze parę kilometrów do domu. I wiecie, co? Ubrałem się na spokojnie, odkrzyknąłem, że nie, nie jest mi zimno!, gdy najodważniejszy z młodych postępowych i wyżelowanych zapytał mnie krzykiem przez zamrożoną taflę, czy nie jest mi zimno, założyłem skarpetki, buty, bluzę, kurtkę i zacząłem truchtać i nigdy jeszcze zimą nie było mi tak ciepło podczas biegania... wrócę tam na pewno, tylko chyba jeszcze później, żeby już naprawdę nie było nikogo, kto biłby mi brawo... Dobrej nocy!"

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger