piątek, 17 marca 2017

Być jak Logan i umrzeć w spokoju...

Mija drugi tydzień, a ja wciąż mam wielką ochotę zawinąć się w kołdrę i zacząć wyć, dając w ten sposób upust trawiącej mnie zazdrości oraz rozpuszczającemu moje wnętrze smutkowi. Logan, Mróz, sąsiad nawet, ten, którego tak nie lubię, wszyscy dosłownie chyba, i wszystko, bo przecież kostka lewa i płuco prawe, chce mnie dobić, widzieć martwego, ze schowanymi szponami i pochowanego pod ściętym bestialsko ostatnim drzewem, co jeszcze wczoraj rosło przed naszym blokiem...
Nie chce mi się nawet sprawdzać, czy to pierwszy mój wpis w tym roku. Szkoda mi tych kilku kliknięć, które musiałbym zrobić, żeby udowodnić sobie, że kolejny raz nie robię tego, co kiedyś tam zaplanowałem. Jest już marzec, druga połowa nawet, a kwaśny posmak w ustach po motywacyjnym rzygnięciu długo jeszcze będzie przypominał mi o tym, jak mizernie to wszystko wygląda. Nie piszę swojej książki, nie biegam, nie pomagam synowi stać się lepszym człowiekiem, nie kupuję kwiatów, nie staram się wymienić rozwalonej od roku spłuczki w kiblu...

Siadając na swoim 20. miejscu w 11. rzędzie powiedziałem "Niech to będzie dobre". Głównie po to, by zobaczyć, czy siedzący z lewej strony olbrzym to przyjemny gość i czy mogę liczyć choć na trochę miejsca... Nic. Nie drgnął ani on, ani jego prawe łapsko, tkwiące w przestrzeni powietrznej mojego fotela. Przestrzeni, za którą zapłaciłem przecież i którą chciałem mieć tylko dla siebie, a nie dzielić ją z kimś obcym. Rozmyślania o tym, co powinienem zrobić przerwały mi reklamy. Nie wiem jak, ale tak już jest, że w Imaxie nawet reklamę pralki fajnie się ogląda. A zwiastun Dunkierki to już mały orgazm, preludium takie do czekającej mnie prawdziwej orgii akcji, krwi i powalającego wręcz smutku. Obejrzyjcie Logana!

Zjadam wieczorem jabłko i mam wyrzuty sumienia. Zjadam, bo lubię. Zjadam z nudów. Zjadam, żeby nie obgryzać paznokci. Wszystko, tylko nie dlatego, że muszę. Znaczy, nie dlatego, że przymieram głodem, albo dlatego, że właśnie wróciłem z wieczornego wybiegania i trochę węgli jest jak najbardziej wskazane. Zjadam, choć w głowie wyje mi alarm i jakiś dziwny głos syczy mi prosto w mózg, że będę tego żałował. Zjadam i wciąż ważę tyle samo. 81 kg przed kupą, ale już po sikaniu. A od roku przecież chcę zobaczyć "siódemkę" z przodu. I nie mogę. I nie zobaczę, dopóki nie przestanę jeść tych jabłek i nie zacznę biegać. Choć jak biegałem, to też nie udało mi się jakoś zrzucić tych dwóch kilogramów...

Mróz wydał kolejną książkę. Nie wiem, piątą, a może szóstą w tym roku. Jakim cudem ma jeszcze czas, żeby zjeść cokolwiek, bo przecież na pewno nie śpi, prawda? Nie może spać, nie da się, to nie jest człowiek, tak jak King nie jest człowiekiem, ale nawet King chyba tyle nie pisze... I co gorsza, Mróz robi to całkiem nieźle... Już czekam na kolejną Chyłkę w drodze do pracy, ale Droga Królów zajmie mi jeszcze z miesiąc...

Biorę antybiotyk i przykładam lód do prawej kostki. Coś mnie boli, choć to niemożliwe jest żeby mnie bolało, bo biegałem jakieś 30 kilometrów na tydzień przez całą zimę. A jednak boli, choć III Bieg Śnieżnej Pantery bardziej zaszkodził moim płucom niż kostce właśnie. Lód, antybiotyk i smutny płacz wyrzynających się jedynek towarzyszą mi od kilku nocy.

I tak sobie myślę jeszcze, zanim położę się, włączę czytnik i przeczytam kilka stron Pary zza ściany tylko po to, by w końcu dobrnąć jakoś do końca i dowiedzieć się, jakie zakończenie wykombinował sobie autor, że gdyby tylko Los dał mi raz zostać kimś naprawdę sławnym, to już chyba nic tylko położyć się i zamknąć oczy po wsze czasy by nie zostało... ;)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger