piątek, 21 kwietnia 2017

Anoreksja biegacza i maraton w Łodzi

Przez kilka ostatnich dni drastycznie zmniejszyłem ilość spożywanego jedzenia. Wczoraj na noc zjadłem więcej niż w ciągu całego dnia i śniło mi się, że wielki brzuch przeszkadza mi w bieganiu. Dziś jadłem przedmaratoński makaron, czując się coraz gorzej z każdym przełkniętym świderkiem. Pojutrze maraton - łódzki DOZ, do którego raczej przygotowany nie jestem. Ekscytacja miesza się z poczuciem winy, a to wszystko nic w porównaniu z tym, że w niedzielę rano ma być trzy stopnie na plusie, a ja nie mam odpowiednich spodni...

Wciąż czuję, że kostka nie jest w pełni sprawna - co prawda zgrubienie pod skórą niemal znikło i poprawiła się ruchomość, ale wciąż czuję ból podczas rozciągania. Rozcięta dętka i maść dla koni zdają się jednak działać. Wysięk wyraźnie znika, mam tylko nadzieję, że maraton nie zmasakruje tego miejsca i nie sprawi, że naprawdę przestanę biegać.

Dziś znów zasłoniłem się niedzielnym DOZem i obżarłem dwoma rządkami czekolady, kawałkiem batona i trzema miskami makaronu orkiszowego z niewegetariańską fasolką po bretońsku. Potrzebuję przecież węglowodanów, prawda? Cały wtorek, środę i czwartek starałem się omijać szerokim łukiem, zrobiłem dwa treningi biegowe, muszę więc uzupełnić glikogen w mięśniach. Tylko dlaczego każdy posiłek wiąże się z myśleniem o wadze, która przedwczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna pokazała mi, że w końcu złamałem 81 kilogramów? I dlaczego nocne podjadanie jest tak cudownie kuszące? Nawet teraz, dokładnie w tej chwili, moje myśli krążą wokół bananów, jabłek i bułek orkiszowych z Lidla... A przecież tyle już dzisiaj zjadłem... Ile można przytyć w dwa dni? 200 gramów? 500? Po to tyle razy chodziłem głodny spać, żeby teraz przekreślić to kilkudniową słabością?

Tak samo, jak chcę kiedyś pobiec maraton w czasie poniżej 3 godzin, setkę w dziewięć, a Ultra Babią w okolicach sześciu, tak chcę też ważyć 78 kg, mieć 6% tkanki tłuszczowej i dużo tatuaży. A to dopiero wierzchołek góry lodowej moich "chcesiów", bo jeszcze chciałbym pić co godzinę smaczną kawę, wydawać świetną książkę raz na dwa lata, tłumaczyć dwie rocznie, patrzeć, jak moje dzieci wyrastają na zaradnych, mądrych i dobrych ludzi oraz raz w miesiącu wychodzić z M. w takie miejsce, w których cały czas by się śmiała...

Na szczęście daleko mi jeszcze do wymiotowania po każdym posiłku. Wyrzuty sumienia da się przeżyć, częste rzyganie to już inna para kaloszy. Jeśli DOZ nie rozłoży mnie na łopatki, to zacznę w końcu więcej biegać, a to oznacza, że będę mógł zjeść czasem coś słodkiego bez wyrzucania sobie, że marnuję życie, talent i tkwiący we mnie potencjał. To będzie mój drugi asfaltowy maraton w życiu. Cieszę się, że jednak mogę spróbować go przebiec i naprawdę nie liczy się czas (choć nie chciałbym ukończyć go w czasie gorszym niż 4:15:00), tylko trening oraz sprawdzenie, czy jest szansa, że jeszcze w tym roku coś konkretnego pobiegam. Plan jest taki, żeby ruszyć z balonikami na cztery godziny, łykać żele, pić wodę i jeść na punktach, a po 35 km zobaczyć, co będzie się działo. Nie będzie łatwo, w końcu kilka dni temu z trudem przebiegłem po lesie półmaraton w dwie godziny. Ponad miesiąc bezruchu robi jednak swoje. Trudno, byle nie przejść do marszu, nie zejść z trasy lub nie nabawić się znów jakiego gówna w piszczelu...

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger