piątek, 28 kwietnia 2017

DOZ 2017 - burzowe światło w centrum Łodzi

Start w łódzkim maratonie miał być testem obrazującym rozmiar spustoszeń poczynionych przez minioną zimę. Mimo wielu niewiadomych, podchodziłem do niego na spokojnie i z wielkim luzem, gotów na zejście z trasy przy najsłabszym choćby ostrzeżeniu ze strony lewej kostki. Nic takiego się nie stało i tylko sobie podziękować mogę za to, że w tak pięknym stylu do złamania "czwórki" zabrakło mi 13 sekund.

Na maraton w Łodzi zapisałem się już w listopadzie ubiegłego roku z tego samego powodu, dla którego wykupiłem od razu prawo startu we wszystkich City Trailach - chciałem mieć motywację do trenowania przez zimę. Wiedziałem bowiem, że bez tego typu bodźców będzie mi bardzo ciężko zebrać się do biegania. Cóż, skracając zimę do jednego zdania: wystarczyły dwa konkretne przeziębienia, stres i kontuzja kostki, by cały misterny plan rozpadł się na drobniutkie kawałeczki. W City Trailu zaliczyłem trzy starty z sześciu, a maraton zamiast być próbą połamania trzech i pół godziny zmienił się w określanie rozmiarów porażki.


Przygotowania

Od 30 października ( I City Trail - czas: 00:23:03) do 23 kwietnia przebiegłem łącznie 488 km, co daje średnią 19,5 km na tydzień (25 tygodni). I to tylko dlatego, że jednego dnia (5 listopada, sobota) przebiegłem 100 km na bieżni lekkoatletycznej podczas badań na gdańskim AWFie. W lutym zrobiłem 8 treningów, w marcu trzy, z czego jeden w górach - III Bieg Leśnej Pantery na dystansie 23 km. To była sobota, 11 marca, po której nastąpił niemal miesiąc bez biegania. Chciałem wyleczyć kostkę (osobny wpis). Kolejny raz pobiegać poszedłem dopiero 4 kwietnia, na niecałe trzy tygodnie przed DOZem. Tydzień przed maratonem postanowiłem zrobić coś w rodzaju sprawdzianu: półmaraton po lesie. 21 km w dwie godziny i trzy minuty, po których nogi miałem jak z waty, a głowę pełną obaw dotyczących dwukrotnie dłuższego dystansu. Łącznie w kwietniu przebiegłem 99 km na 9 treningach. Taka to była zima...

Odżywianie

Po klęsce w Krynicy trochę odpuściłem przygodę z bieganiem na tłuszczach. Z jednej strony nieco uleciała ze mnie para, z drugiej bałem się zbyt łatwego przedawkowania kalorii. Niejako siłą rozpędu doleciałem jeszcze tylko do wspomnianej powyżej setki na bieżni, a potem... potem zaczęła się wielka wstrzemięźliwość :) Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami w postaci świąt czy niepohamowanych napadów głodu, dosłownie odejmowałem sobie żarcie od ust, z rozpaczą w oczach patrząc wieczorami na leżące tuż obok jabłka, bułki czy banany (z całą pewnością sprawy nie ułatwiał mi fakt, że biureczko mam wciśnięte w kąt kuchni). Najgorszy czas zawsze nadchodził około północy, kiedy to puściutki już żołądek próbował zwrócić na siebie moją uwagę dość wyraźnie słyszalnym - nawet bez aparatów - burczeniem. Na szczęście, zawsze trwało to zaledwie kilka minut; czasem zalewałem głoda kawą, czasem skupiałem się po prostu na pracy i przeczekiwałem tych kilkanaście minut. Wiedząc, że nie z bieganiem krucho postanowiłem przynajmniej nie przytyć i...

... udało się! Dwa dni przed maratonem waga pokazała mi 80,6 kg. Nie była to co prawda wymarzona siódemka z przodu, ale spadek o kilogram w stosunku do ostatniego ważenia w Gdańsku i tak mnie ucieszył.

Ostatni tydzień żywieniowy przed DOZem to początkowy mocny akcent w postaci świąt wielkanocnych, po którym przez trzy dni zrezygnowałem niemal całkowicie z węglowodanów. Nie żebym jakoś przesadnie w ten rodzaj strategii wierzył, bardziej potraktowałem to jako wymówkę do niejedzenia i usprawiedliwienie przedstartowego obżarstwa, które zacząłem od czwartkowego wieczora. Trzy kawałki pizzy z podwójnym serem, w piątek makaron orkiszowy z miodem ma zmianę z masłem orzechowym, płatkami ryżowymi zalanymi sokiem pomarańczowym i krówkami kakaowymi, podbieranymi dziecku z pojemnika na biurku. Sobota podobnie, choć tylko do 18:00. Wieczór delikatnie, jajecznica z czterech jajek i trochę żelu energetycznego własnej produkcji. Wciąż trawię dość szybko i nie miewam problemów z żołądkiem, ale kusić losu nie chciałem...

Poranek

Obudziłem się tuż przed siódmą. Śniadanie naszykowałem poprzedniego wieczora - miska płatków ryżowych z sokiem pomarańczowym, dwie łyżki domowego żelu energetycznego i banan. W toalecie również według planu, plum plusk i lżejszy o pół kilograma zacząłem zastanawiać się, co z naszykowanych też wcześniej ciuchów na siebie włożyć. Zarówno widok, jak i termometr za oknem nie zgadzały się z tym, co zapowiadano - plus cztery stopnie zamiast przymrozku i błękit zamiast ponurych chmur, kłębiących się deszczową czernią tuż nad ziemią. Z drugiej strony nie zamierzałem szaleć, nie szykowałem się na życiówkę, a raczej na spokojny bieg, który mógł przecież przerodzić się w każdej chwili w marsz lub wręcz w siedzenie gdzieś na uboczu i czekanie na zmotoryzowane wsparcie. Padło na krótkie spodenki i podkolanówki na nogi oraz obcisły bezrękawnik, bluzkę z długim rękawem i cienką wiatrówkę na górę. Na to dresy, kurtka, w łapę torba i w drogę. A i czapka na łepetynę, dłonie skrywam w cienkich rękawiczkach.

Pusta Łódź ożyła nagle jakieś pięćset metrów przed Atlas Areną. Ze spokojnych w miarę Alei Włókniarzy wpadłem nagle w kipiący od nerwów korek. Godzina ósma pięć, przede mną wciąż dziesiątki aut, posuwamy się może kilka metrów na minutę... Z trudem powstrzymuję wybuch złości, w czym pomaga mi Piotr, którego zabrałem spod domu pół godziny wcześniej. Idź, mówię do niego, nie ma potrzeby żebyśmy obaj tu tkwili. Dojadę to dojadę, nie to w dupie z całym tym maratonem, marudzę, ale on zachowuje spokój i wskazuje mi, że co chwilę kolejny samochód wyrywa się z korka i wciska przez trawnik prosto pod "filary" (parking pod wiaduktem w okolicy dworca Kaliskiego). Wciskam się na jeden, potem na drugi pas i też zjeżdżam z drogi. Miejsce jakby czekało, parkujemy, ósma dziesięć, dociera do mnie, że nie zabrałem zegarka, co nie robi na mnie większego wrażenia, bo przecież i tak do trzydziestki lecę z balonikami. Wysiadamy, Piotr zostawia wszystko w aucie, ja postanawiam skorzystać z depozytu, po czym idziemy w stronę hali.

Maraton

Mam na sobie spodenki Sensei, w które upycham trzy żele z Lidla i tabletki z elektrolitami. Jest chłodno, ale nie zimno, nie decyduję się jednak na zostawienie którejś części mojej biegowej garderoby. Wchodzę do strefy startowej i zaczynam wciągać przygotowaną specjalnie na tę okazję porcję żelu. Tego domowego, sprawdzonego w minionym roku na kilku ultra (masło orzechowe, olej kokosowy, miód i woda), który strzykawką wcisnąłem dzień wcześniej w tubkę po jakimś jabłuszkowym musie. Znajduje mnie Adam, rozmawiam chwilę z Pawłem, witam się z Agnieszką... wiem, że to maraton, że królewski dystans, że 42 km, że nie pobiegałem za dużo ostatnio, a mimo to jestem spokojny i wyluzowany. Minuty mijają błyskawicznie, zaczynamy odliczać, 3, 2, 1, coś tam z przodu zaczyna się poruszać, tłum przede mną drga, pierwsze kroki, powoli się to zaczyna, co muszą czuć ludzie w Nowym Jorku czy nawet w takiej Warszawie, w której strefa "czterogodzinowa" czeka na start tyle, że elita jest już w połowie zawodów?

Po pierwszym kilometrze mam wrażenie, że za chwilę ugotuję się we własnym sosie. Błąd, błąd, błąd... moje opanowanie zaczyna topnieć i spływać po mnie wraz z kolejnymi kroplami potu, które obficie zaczyna wydzielać moja głowa, plecy i pachy. Przez chwilę rozważam nawet zdjęcie i wyrzucenie kurtki, ale za bardzo mi jej szkoda, postanawiam więc, że nie ominę żadnego punktu z wodą. I tak też robię, do tego słońce dość często chowa się a to za chmurami, a to za łódzkimi kamienicami czy biurowcami. Ciało również otrząsa się po kilku kilometrach, w czym wydatnie pomaga mu na pewno rozpięcie kurtki na całej długości. Płacę za to ciągłym poprawianiem jej, gdyż podciąga mi się z przodu do góry, ale znów, tempo jest na tyle komfortowe, że mogę sobie pozwolić na takie niedogodności. Oprócz picia na każdym punkcie, pilnuję też zaplanowanego wcześniej rozkładu żeli: pierwszy na ósmym kilometrze, drugi na szesnastym i trzeci na dwudziestym dziewiątym. Do tego tabletki z elektrolitami, raz łapię całego banana. Jest dobrze, tylko przez chwilę czuję coś w rodzaju głodu, a już w połowie maratonu mam wrażenie, że mógłbym pójść w krzaczki, znaczy się do odwodnienia raczej nie dojdzie. Głowa, uspokojona po nerwówce pierwszych kilometrów, działa bez zarzutu; żadnej ściany, żadnego zastanawiania się, po co to robię, czy innych przygód, które dopadają człowieka, gdy startuje nieprzygotowany lub przeceni swoje możliwości. Ale o tę część maratonu i tak nie martwiłem się ani przez chwilę. Chciałem tam być, chciałem skończyć i cieszyłem się każdym kilometrem, każdym stawianym bez bólu w kostce krokiem, każdym uniesieniem kolana, opuszczeniem stopy, jak najlżejszym lądowaniem, wybiciem, pracą rąk, ramiona luźno, palce luźno, głowa wyprostowana, barki opuszczone...

Pierwsze zmęczenie zaczynam czuć na 28 kilometrze. Skręcamy z Obywatelskiej w Waltera- Janke, zbliżamy się do punktu z wodą, wyciągam żel, wyciągam tabletkę, łapię kubek, jeden, drugi, gubię rytm, zwalniam, grupa skupiona przy balonikach ucieka mi na jakieś dwieście metrów, skręcamy w Wyszyńskiego, w twarz wali mnie silny wiatr, nie mam za kim się schować, znów zwalniam, ale tylko na chwilę, nogi same odnajdują właściwie tempo, przyśpieszam i gdzieś po kilometrze doganiam baloniki, choć wiatr jest taki, że przewraca barierki. Nawrotka, jest trochę w dół, ale potem znów w górę, więc zmieniam nieco plany "ataku" od trzydziestego kilometra i czekam trasa znów wypłaszczy się w okolicach McDonalda, po czym zaczynam przyśpieszać. Odrywam się od baloników na kilkaset metrów, wciąż jednak gdzieś z tyłu głowy gada do mnie ta część nieprzygotowana, żebym nie szalał, że jeszcze wciąż dziewięć kilometrów biegania, że maraton właściwie dopiero się zaczął i jeśli nie chcę skończyć spacerkiem to lepiej abym uspokoił tętno i leciał na spokojne złamanie czterech godzin choćby o pół minuty, co wydaje się być z każdą upływającą minutą zaledwie formalnością.

Zakończenie

To był mój drugi asfaltowy maraton, ale na pewno nie ostatni. Minęło zaledwie kilka dni, a ja najchętniej pobiegłbym już w następnym. Ale poczekam. Zrobię to na jesień, dam sobie trochę czasu, żeby zaatakować 3:30. Chcę się pościgać. Chcę być szybszy i silniejszy. Nie mam w okolicy gór, więc na dobre zaczynam pracować nad tym, żeby przebiec sto kilometrów w dziesięć godzin, a potem dwieście w ciągu doby. Chcę znów poczuć, jak rozpiera mnie ta niezwykła energia, siła płynąca z ukończonych zawodów, z rywalizacji z samym sobą i z innymi. Chcę znów być jak Kaladin Burzą Błogosławiony, wciągnąć z kul trochę burzowego światła i na trochę stać się jednym ze Świetlistych, półbogiem, półczłowiekiem, ratującym świat przed kolejnym Spustoszeniem... A czas? Czas tym razem był sprawą drugorzędną, choć przez chwilę wmówiłem sobie, że złamanie czterech godzin po takiej zimie będzie oznaczało, że nie wszystko poszło na marne. Brak doświadczenia w ulicznym bieganiu, brak własnego zegarka i zbyt luźne podejście do tematu spowodował jednak, że mój ostateczny czas to 4:00:12 (już na finiszu zwolniłem jeszcze i przepuściłem jakąś panią, finiszującą z małym dzieckiem). I co? Czy to znaczy, że nic już ze mnie nie będzie? Że powinienem schować wszystkie buty biegowe do komórki, kurtki rozdać, a spodnie spalić na balkonie podczas żałobnej i symbolicznej ceremonii pogrzebania moich biegowych marzeń? Oczywiście, że nie! To tylko pojęcie, idea jakaś, ubzdurana z nudów podczas biegu przez miasto. Cisnę dalej...





0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger