poniedziałek, 14 sierpnia 2017

12-godzinny bieg w Krakowie, czyli ponad setka w nocy

To była wyjątkowo spontaniczna decyzja: synku, a czy mógłbyś te legendarne pokemony połapać sobie w Krakowie pod koniec lipca? Mógłbym, a co? A bo w dzień byśmy połapali, a w nocy sobie tatuś pobiega podczas takich zawodów, co się nazywają Gala Biegów Ultra, dobra? Dobra.

I tak właśnie się stało. Pojechaliśmy do Krakowa w sobotę rano, pochodziliśmy cały dzień w upale polując na pokemony (nie do końca było tak fajnie, jak się synek spodziewał, ponieważ żeby pokonać jakiegoś strusioniedźwiedzia z legend trzeba by mieć cały zespół, czy jakoś tak), a potem wróciliśmy w stronę Błoń Krakowskich, by spróbować przebić się jakoś do naszego noclegu, co jednak nie udało się nam od razu, gdyż akurat wokół tego kawałka trawy pan Krzysztof Lang wymyślił sobie potrójną pętlę kończącą pierwszy etap tegorocznego wyścigu kolarskiego, przez co miałem tylko tyle czasu, by rozpakować torbę ze sportowymi rzeczami, zmiksować superżel i stwierdzić, że zapomniałem majtek, zegarka oraz wody, po czym wziąłem szybki prysznic i biegiem niemal udałem się do Parku Jordana, gdzie pojawiłem się niecałe 20 minut przed rozpoczęciem zawodów...

Tuż przed startem

Przygotowania

Jeszcze w marcu, gdzie tam!, na początku kwietnia w życiu bym nie pomyślał, że pod koniec lipca będę startował w biegu 12-godzinnym, licząc na dodatek, że uda mi się przebiec więcej niż 110 kilometrów. A jednak. I choć pracy znów miałem po same uszy (zaraz po Autoterapii mięśniowo-powięziowej trafiła mi się kolejna książka do tłumaczenia) to udało mi się nawet coś tam potrenować. Niby wciąż nie za dużo, tygodniowy kilometraż nie przekraczał nigdy 60 000 metrów, ale w jakiś sposób wystarczyło to, bym w Krakowie nie tylko czuł się wyjątkowo mocno, ale i odczuwał niesamowitą wprost chęć pobiegania.

Jeśli chodzi o techniczne kwestie moich przygotowań, to wciąż biegam bez żadnego ładu i składu, czyli wychodzę i biegnę, choć tym razem starałem się nie ciorać zbyt mocno za każdym razem. Jedynym elementem, który można podciągnąć pod przemyślane działanie była tzw. zakładka, którą zrobiłem raz, dokładnie na dwa kilometry przed krakowskimi zawodami: trzy ciężkie treningi dzień po dniu o łącznym dystansie 70 kilometrów. Tak wiem, że tyle to niektórzy biegają na dwa razy, jak biorą antybiotyki i mają milion stopni gorączki, ale nie chciałem ryzykować zbyt gwałtownym zwiększeniem obciążenia i jakąś głupią kontuzją. Do 150 km tygodniowo trzeba dochodzić powoli, a nie rzucać się, bo wypadło kilka dni wolnego...


Gala Biegów Ultra

Pakiet odebrałem już wcześniej, zaraz na początku łowów, nie musiałem więc martwić się tym, czy jeszcze ktokolwiek wyda mi numer. Park Jordana również obejrzałem, widziałem też pomiar trasy, wiedziałem więc mniej więcej, jak będzie przebiegać. W zasadzie byłem przygotowany na wszystko... no w sumie to nie, bo gdyby np. organizatorzy nie dowieźli wody, to musiałbym skończyć zawody już po dwóch godzinach... poza widokiem namiotów, materacy i śpiworów porozkładanych w okolicy startu/mety i strefy zmian dla sztafet. Oj to moje ciągłe amatorstwo... wciąż dziwią mnie namioty na zawodach biegowych, stoły z poukładanymi butelkami, żelami, prowiantem, naładowane zegarki, kilka par butów na zmianę, kremy na wszelki wypadek, tabletki na rozwolnienie, na zgagę, na gazy... o, tak, do gazów jeszcze przejdziemy... :)

Tak sobie jeszcze szybko przed startem wykombinowałem, że chciałbym biec od początku w tempie mniej więcej 6:20 na kółko, co przy długości pętli 1150 metrów powinno dać ok. sześciu minut na kilometr, dziesięć kilometrów na godzinę i... no nie, oczywiście, że 120 kilometrów nie zakładałem nawet w najśmielszych marzeniach, ale znam się już na tyle, by wiedzieć, że przy takim biegu nie mam co planować żadnych negativ splitów, bo czego nie nabiegam od początku, tego potem nie odrobię. W granicach rozsądku oczywiście, bo gdybym zaczął od 12 km/h to pewnie po trzech by mnie zbierali gdzieś po krzakach... A tak, sześć na kilometr powinienem znieść całkiem nieźle...

Cóż, niby był duży, bijący po oczach zegar przy macie, ale jakoś nie miałem głowy, by co kółko dodawać i odejmować te minuty, a że nie miałem zegarka, w którym chciałem sobie stoperkiem czas odmierzać, to biegłem tak, jak instynkt podpowiadał. I sam oczywiście, bo akurat w tym temacie nic się nie zmieniło; nie lubię towarzystwa na zawodach, bo albo mam wrażenie, że kogoś opóźniam, albo że to ja jestem opóźniany. Lubię swoje tempo, swoją samotność i obcowanie ze swoimi myślami. Szczególnie na początku, gdy układam sobie wszystko w głowie, mózg ma jeszcze siłę i zasoby, by produkować nowe myśli i nie trzeba skupiać się na tym, żeby nogi nie przestały pracować.

Biegłem więc, czekając tylko, aż na punkcie zacznie się pojawiać coś do picia, nagle bowiem dotarło do mnie, że przez cały dzień stanowczo za mało piłem. Z jedzeniem nie było tak źle, tu jakiś batonik, tam jakaś bułka z mięsem i warzywami, ale z wodą krucho... Na szczęście już po godzinie bufet zaczął się zapełniać i - uprzedzając nieco fakty - cola (a może pepsi) oraz arbuz okazały się najlepszym, co mogło mnie spotkać.

Pierwsza kolumna to numer okrążenia, druga to czas okrążenia, a trzecia to tempo na kilometr... :)
Kryzysy

Pierwszy kryzys dopadł mnie już przed północą. Dziś wspominam to, co działo się ze mną przez następną godzinę, jako najniezwyklejszy i najbardziej intensywny chyba kryzys, jaki stał się moim udziałem odkąd biegam, ale tam, po zaledwie jednej czwartej biegu byłem bliski płaczu. Prawdziwego takiego, dosłownie czułem łzy zbierające się już w kanalikach i czekające już tylko na finałowe opadnięcie bariery... Nagle opadłem z sił i całej motywacji. Zacząłem się jakoś tak dziwnie mocno pocić, głowa też zrobiła mi się jakaś ciężka, jakbym miał za chwilę zwymiotować, czyżby za dużo żelu pociągnąłem na raz, być może, przecież to milion kalorii jest, a ja wessałem prawie cały soft flask, idiota! wciąż te błędy, jak dziecko małe, jakbym pierwszy raz w zawodach biegał, trzeba było po łyczku, dwa co kilka kółek brać, ale przecież nie byłem głodny, sięgnąłem po niego do torby z rozsądku właśnie, żeby nagle za godzinę, dwie nie okazało się, że za mało jadłem, o picie się nie martwiłem, piłem dużo, co dwa kółka pół kubeczka koli, i wodę, co półtorej godziny dwie tabletki z elektrolitami, więc od tej strony wszystko było ok, ale ten żel... tak musiało być to, chyba że... chyba że jeszcze to oddychanie przez nos, cały czas przecież oddychałem przez nos, żeby nie tracić dwutlenku węgla i może nazbierałem go w końcu za dużo, może za wcześnie jeszcze na tak długie bieganie z zamkniętymi ustami, przecież robię te ćwiczenia dopiero od niedawna, odkąć zacząłem tłumaczyć tę książkę o tym, że wdychamy za dużo powietrza, może... ech, cholera jasna, a miało być tak pięknie, miałem tyle nabiegać, tak dobrze się zaczęło, przyszedłem do parku pełen sił i energii, choć nieco zdezorientował mnie cały ten widok innych tak dobrze przygotowanych i poukładanych... A tu mija raptem trzy i pół godziny, a ja zaczynam mieć wrażenie, że wlokę się niemiłosiernie, że mięśnie za chwilę dopadną straszne skurcze, albo że kolana po prostu się pode mną załamią i runę na stygnący wciąż asfalt jakby mnie zza drzewa trafił trującą strzałką jakiś krwiożerczy tubylec. W pewnym momencie stwierdziłem nawet, że biegam tylko do pierwszej w nocy, jeszcze kilka kółek, pięć godzin to całkiem niezły trening przecież, nie będzie ten start tak całkiem zmarnowany, potem zejdę, zjem coś, pozbieram się jakoś, może nawet wyciągnę na chwilę na trawie i pójdę z powrotem do motelu, pośpię, rano przecież znów ściganie pokemonów, więc nawet dobrze się składa, sił będę miał więcej, przecież bieg to tylko tak przy okazji miał być, prawdziwy powód to te wirtualne stwory, jaka szkoda, że nie może ich O. nałapać jak najwięcej, tam mi przykro dziś było patrzeć na to, jak kolejny raz przegrywał, bo brakowało mu kilku sekund, bo nie miał nikogo, kto wspomógł by swoją mocą, punktami doświadczenia, czy czym tam się te pokemony łapie, kolejny kubek z kolą, i banan, tabletki, kółko, ile to już kilometrów, maraton, tak zaraz będzie maraton chyba, mija północ, kola, woda, liczę kolejne świeczki, które jeden z orgów porozstawiał wzdłuż ciemniejszych fragmentów pętli, znów pomnik misia Wojtka, który to już raz, nie wiem, szkoda, naprawdę szkoda, że nie mam tego zegarka, nie wiem czy to już czterdziesta pętla, czy dopiero trzydziesta siódma, a może dwudziesta....

Podsumowanie

Kryzys minął równie niespodziewanie jak się pojawił. Nagle okazało się, że nie ma mowy o żadnym przerwaniu zawodów, siadaniu na ławce czy leżeniu na trawie. W oczy bym sobie na drugi dzień nie mógł spojrzeć przecież... I znów zaczęło mi się dobrze biec, czas uciekał, dzieliłem godziny na ćwiartki, każda ćwiartka to dwa kółka, raz, dwa, trzy, cztery i pół godziny minęło, czasem trwało to dłużej, czasem krócej, Pierwszy raz zacząłem maszerować na 51 kółku, co by oznaczało, że był to 59 kilometr, czas pętli po raz pierwszy był dłuższy od 10 minut, potem znów kilka w ciągłym biegu i tak do rana, a właściwie to szóstej rano, kiedy to połknąłem pierwszą tabletkę z czystą kofeiną i tauryną, ale dopiero druga, połknięta godzinę później sprawiła, że 88 okrążenie pobiegłem w czasie 6:28 (5:51 na kilometr!), a 89 to nawet w 6:10 (5:34 na kilometr!!!!), o rany, co za uczucie to jest, gdy ma się sto kilometrów w nogach i nagle biegnie się w takim tempie, wyprzedza, gna do przodu...

Po raz kolejny upewniłem się, że lubię biegać w kółko. Przez dwanaście godzin przebiegłem ponad 103 kilometry, zająłem 12 miejsce w open i jestem szczęśliwy. Zmiana trasy Gali spowodowana Tour de Pologne i zajęciem przez Langa Krakowskich Błoń podpasowała mi strasznie. Wiem też, że lubię biegać po płaskim. Wiem, że za rok wystartuję w biegu całodobowym i że będę robił wszystko, by kiedyś dostać powołanie do reprezentacji. Co jeszcze wiem? A no tylko tyle, że:

- spodenki Sensei marki Hoko (polski dystrybutor TUTAJ) są naprawdę genialne i nie trzeba nosić pod nimi majtek
- domowej roboty tabletki elektrolitowe działają
- głowę mam coraz mocniejszą
- regeneruję się bardzo szybko (po dwóch dniach niemal wcale nie czułem nóg, po trzech poszedłem pobiegać)
- rolowanie przed takim bieganie naprawdę pomaga
- buty HOKA ONE ONE model Clifton 3 są świetne i będę trzymał się tej marki tak długo, jak długo stać mnie będzie, by co jakiś czas kupić nową parę
- schudnę jednak do tych 75 kilogramów, bo to, że ważę już około 77 to też jest jedna z tych rzeczy, które pozwalają mi na takie wyczyny pomimo tak okropnej zimy i początku wiosny (okropnej pod względem biegowym i tłumaczeniowym, cała reszta to najpiękniejsze dni od dawna) i tak wiem, że jeszcze niedawno mówiłem, że tylko do 80 kg, ale obiecuję, że tych 75 łamał już nie będę i że za każdym razem, jak waga pokaże choćby 74,9 kg to siadam ze słoikiem masła orzechowego i wcinam do porzygu ;) 
- mam problem jakiś z gazami, bo przez pół nocy chciało mi się prykać, choć przez cały dzień nie wydałem tamtą stroną siebie ani jednego dźwięku, i że jest coś na rzeczy, bo podczas treningów mam podobnie, cały dzień nic, a zaczynam biec i nagle... budzę wszystkie ptaki, a psy zaczynają szaleć w promieniu kilometra... 



0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger