niedziela, 17 września 2017

12H z Koroną - atak na sto dziesięć i nocne czuwanie przy kawie

Za tydzień o tej porze - jest 16 września, sobota, godzina 23:20 - będę już cztery godziny po kolejnym 12-godzinnym biegu. Z kolei A. skończy 10. miesiąc życia, O. zdobędzie następną sprawność i zabije milion wrogów, a M. pewnie ze dwa razy złapie przedjesiennego doła i powie, że jest gruba i nigdy już nie spali tony tego tłuszczu, który przykleił się jej do pośladków, ud i brzucha.


Forma rośnie. Dwa dni temu wyszedłem pobiegać - wciąż nie mam żadnego ułożonego planu - i tak jakoś wyszło, że z dwudziestu zrobiło się dwadzieścia jeden. Ale to nie ten jeden dodatkowy kilometr mnie tak ucieszył i zdumiał, ale tempo w jakim zrobiłem całość - godzina czterdzieści dwie - oraz średnie tętno, które wyniosło 133 uderzenia na minutę! To chyba wciąż tzw. druga strefa, a już na pewno wciąż w tlenie, poza tym cały czas miałem wrażenie, że za chwilę oderwę się od ziemi, że mogę tak biec i biec bez końca, że gdybym tylko wiedział o tym niespodziewanym dniu konia przed rozpoczęciem treningu, to od początku zacząłbym mocniej i zaatakował godzinę trzydzieści, to by dopiero było... taki wynik na treningu, w nocy, z czołówką i częściowo po nieznanych, szutrowych drogach gdzieś za miastem...

Lubię to swoje nocne bieganie. Nawet jeśli wiem, że wracając przed drugą położę się przed trzecią, a najpóźniej o ósmej piętnaście obudzi mnie A., który wyczuwa podświadomie, że cycka nie ma już w pobliżu, a tym samym czas najwyższy poinformować ojca o tym, że nie lubi jak się go nie przytula. Pięć godzin snu to mało, szczególnie wtedy, gdy się cały dzień coś robi, a potem jeszcze biega, dlatego co kilka dni muszę iść do łóżka nieco wcześniej i ładować akumulatory co najmniej przez siedem godzin. Tak więc najpierw biegnę, potem wracam, rozbieram się z mokrych od potu ciuchów, popijam dwie tabletki z elektrolitami kubkiem wody, czasem robię sobie odżywkę białkową, czasem nie, ale zawsze po bieganiu biorę prysznic, po czym siadam jeszcze do komputera na kilka minut, które w zasadzie tracę na przewijaniu fejsa, idę do łóżka, patrzę przez chwilę na śpiącą M. i śpiącego A. (O. śpi w swoim pokoju), otwieram książkę lub włączam czytnik i czytam przez kilka minut, po czym zasypiam nie wiedząc kiedy, budzę się na chwilę, znów czytam kilka zdań, znów zasypiam i dopiero teraz odkładam książkę lub wyłączam czytnik, odwracam się na lewy bok, zamykam oczy i odpływam na dobre...

By móc powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem brakuje mi w zasadzie tylko dwóch rzeczy: systematycznego pisania własnej książki i spędzania większej ilości czasu sam na sam z O., z którym chciałbym na przykład wybrać się na kilka dni do lasu lub usiąść i cały wieczór sklejać jakiś model, grać w Talizman czy rozmawiać o czekającym go życiu. Obie rzeczy da się zrobić, choć na zrealizowanie tej z O. mam coraz mniej czasu (chyba, że nie wyprowadzi się z domu w wieku 20 lat i nie zamieszka z jakąś zołzą, która będzie mu sączyć do głowy jad i nastawiać przeciwko zramolałym starym...

Za tydzień o tej porze będę cieszył się z pokonania bariery stu dziesięciu kilometrów w biegu 12-godzinnym. Wiem to, widzę to oczyma wyobraźni i nie dopuszczam myśli, że może stać się inaczej. A teraz kończę kawę i idę spać, bo dziś właśnie jest dzień, kiedy to muszę odłączyć się rzeczywistości na nieco dłużej. W trzy dni przebiegłem 52 kilometry i zrobiłem to w 264 minuty, co daje średnią niemal równo pięć minut na kilometr (dzisiejsze siedemnaście było nieco wolniejsze, biegałem z wózkiem i A. śpiącym beztrosko pomimo deszczu i cudnego lasu), a spałem w tym czasie niecałe dziesięć godzin i choć czuję, że mógłbym jeszcze spokojnie z godzinę potłumaczyć, a raczej popracować nad tekstem już przetłumaczonym, to wiem, że tych kilka stron więcej niczego nie zmieni, a rano i tak wstanę pewnie koło dziewiątej. Popracuję w ciągu dnia, wieczorem znów pobiegam, czwarty dzień z rzędu i chyba na tym zakończę przedostatni etap przygotować do 12h z Koroną, potem już tylko odpoczynek, rolowanie łydek i czwórek, pilnowanie wagi, ze dwie przebieżki, szykowanie prowiantu i... atak! Będzie dobrze, czuję to w kościach...



0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger