niedziela, 5 listopada 2017

33. Supermaraton Kalisia, czyli dwie setki z rzędu

Sto kilometrów w jedenaście godzin i dwadzieścia trzy minuty to raczej słaby powód do chwały czy pisania (szczególnie teraz, gdy na blogu niemal nic się nie dzieje i kilka dużo ciekawszych rzeczy nie może się doczekać wpisu). Ale piszę, bo raz, że to TEN Supermaraton Kalisia, a dwa, że jak nie napiszę teraz, to pewnie już nigdy...


O tym, że pobiegnę słynną "kaliską setkę" postanowiłem we wrześniu, jakoś zaraz po najgorszym dniu w moim krótkim życiu biegacza - starcie w "12H z Koroną", 12-godzinnym biegu charytatywnym organizowanym przez Michała Pawlaka i Koronę Pabianice. Najgorszym, bo niemal trafiłem do szpitala po zaledwie sześciu godzinach biegu (tak, to jedna z tych ciekawszych i na pewno ważniejszych rzeczy, o których wciąż nie mam kiedy napisać). Nie wiem nawet za bardzo, co tak naprawdę mną kierowało, chęć udowodnienia sobie, że to był tylko "wypadek przy pracy"? Potrzeba ukończenia jakichś zawodów, rywalizacji, oderwania choć na chwilę od stresu powodowanego tym, że każdego dnia coś nade mną wisi i wrzeszczy, że powinno być zrobione?

Przed

Z Pabianic zabrał mnie Jacek Będkowski, z którym do tej pory znaliśmy się tylko z facebooka. Człowiek-maszyna (100 km biega w 7:22:32), człowiek-pasja (ogarnia chyba całe płaskie ultra na świecie, a polska reprezentacja polega na nim chyba we wszystkich sprawach) i do tego zwyczajnie bezinteresowny, miły facet (choćby dlatego, że żadnego z moich pytań nie pozostawił bez obszernej odpowiedzi). Szkoda, że do Kalisza jest tak blisko, bo to ktoś, z kim można by spędzić kilka dni i wciąż dowiadywać się czegoś nowego nie tylko o samym bieganiu, ale i wielu innych rzeczy, mających z nim większy lub mniejszy związek.

Krótka wizyta w bazie zawodów w Kaliszu, podpisik, spotkanie z Jackiem UltraLovers Deneką, lekko słodka kawa rozpuszczalna i jazda do Blizanowa, w którym w szkole tuż obok mety mieliśmy zapewnione spanko...


Efekt kolejnego spotkania z Jackiem :)
Nocleg w szkole okazał się być dużo przyjemniejszy, niż przypuszczałem. Gdyby nie brak poduszki i skrzypiący materac kolegi z boku, byłoby niemal tak, jak w domu. Niemal, bo nie pamiętam kiedy ostatni raz w domu położyłem się spać o 22:00. Nawet szkolny dzwonek, który usłyszałem dwa razy jakoś mi nie przeszkadzał. Za to wieczorne rozmowy z innymi zawodnikami... czasem żałuję trochę, że wciąż jestem taki wycofany, trudno bowiem o lepszą okazję do nawiązywania nowych znajomości, poznawania ciekawych historii, nowych biegów czy metod treningowych.

Wynik

Całość wg oficjalnych wyników zajęła mi 11:22:46, czyli od marzenia oddaliłem się niemal 83 minuty, co nie jest nawet dla mnie żadną niespodzianką (raczej smuci mnie lekko, ale jest to smutek zrozumiały, którego przyczyny znam doskonale i jestem z nimi pogodzony, dzięki czemu nie jest on podszyty bólem roztrzaskanej psychiki czy zniszczonej motywacji), wiedziałem bowiem doskonale, że złamanie dziesięciu godzin na dystansie nieco tylko mniejszym, niż dystans przebiegnięty na treningach przez cały poprzedni miesiąc (sprawdziłem, w październiku garmin zapisał 146 km), podczas którego nie tylko odbyła się pierwsza edycja Leśnej Doby (tak, tak, to kolejna rzecz, o napisaniu której wciąż coś do mnie wrzeszczy), ale i zakończyłem kolejne tłumaczenie (Tlenowa przewaga - Wyd. Galaktyka, serdecznie polecam, nie jest to może wybitna rewolucja, ale z całą pewnością otwiera oczy na kilka wyjątkowo ważnych rzeczy związanych z tlenem, dwutlenkiem węgla i wydolnością ludzkiego organizmu).

Podsumowując, stwierdziłem, że kto nie ryzykuje, ten nie cieszy się z wyniku, zacząłem więc tak, jakby października w ogóle nie było, czyli w tempie sześć minut na kilometr. Pierwszą dyszkę spóźniłem o 25 sekund (01:00:25), pierwszą pętlę o 22 sekundy (02:30:22), po drugiej traciłem już nieco ponad dwie minuty (04:02:07), choć był to dopiero czterdziesty kilometr, więc spokojnie do odrobienia, gdyby nie to, że zaczynałem już czuć coraz wyraźniej, że nogi nie udźwigną takiego tempa, co dobitnie pokazała trzecia pętla (05:37:45, czyli niemal osiem minut straty), o czwartej (07:23:18) czy piątej (09:19:58) już litościwie nie wspominając... Ale ukończyłem, co z różnych względów nie udało się co najmniej kilkudziesięciu osobom, i powiedzmy, że to jest w tej sytuacji najważniejsze, udało mi się bowiem po raz kolejny wygrać z własną głową, o której trochę więcej pozwolę sobie wystukać nieco później.

Trasa

Asfalt, drogi, tiry i pędzące metr od biegnących zawodników wieśniaki w białych mercedas lub gubiących kilogramy rdzy na każdej nierówności beemkach. Jedna pętla o długości 15 km plus 10-kilometrowy "dobieg" (startowaliśmy na piątym kilometrze), punkty odżywcze co pięć kilometrów i lekkie rozczarowanie atmosferą, o której tyle się nasłuchałem i naczytałem przed zawodami. Nie było oczywiście tak, że mieszkańcy położonych przy trasie domów obrzucali nas zgniłymi jajami czy rzucali skórki od bananów pod nogi, ale poza jednym punktem (przy agrafce w Brudzewie), gdzie dzieciaki dopingowały trochę zawodników za pomocą mikrofonu, wzmacniacza i głośnika, cały czas nie było inaczej, niż na każdym normalnym bieganiu po drogach poza miastem. Żaden to minus, tak jak nie biegam dla medali, tak nie żądam też, by co pięć metrów stał ktoś wzdłuż trasy i krzyczał, że jestem najwspanialszym człowiekiem na świecie, a wszystkie jego dzieci będą od dziś nosiły moje imię, a przynajmniej imiona zaczynające się na literę "p".

A może chodziło o atmosferę panującą w szkole w piątkowy wieczór, o poranku tuż przed startem lub po zakończeniu zawodów, na sali gimnastycznej, gdzie oczekiwanie na ceremonię wręczenia pucharów i medali umilała grająca na żywo orkiestra? Jeśli tak, to zwracam Kalisii honor, było naprawdę fajnie...

Trasa, źródło: www.supermaraton-kalisia.kalisz.pl
Sprzęt, żywienie

Nawet jeśli mój czas to nic szczególnego (dla mnie oczywiście, doskonale wiem, że samo pokonanie stu kilometrów w takim czasie to nie jest coś, co może zrobić każdy i bez przygotowania), to po raz kolejny przekonałem się o kilku sprawach:

- potrafię wygrać z własną głową;

- nie wyrządzam sobie bieganiem krzywdy, bo po tak słabym przygotowaniu ubijam przez ponad 11 godzin asfalt, a poza normalnym bólem mięśni nóg, kłuciem w kolanie (które minęło po kilkunastu godzinach) i przeciążonego prawego achillesa (który wciąż trochę boli mniej więcej w połowie długości) nic mi nie jest, nie zrobił mi się żaden pęcherz, nie zszedł żaden paznokieć i nic mi się nie obtarło (pomimo tego, że nie użyłem żadnej maści, plastra i nie zmieniałem skarpet, majtek czy podkoszulki);

- zarówno żołądek, jak i cały układ pokarmowy (odpukać!) mam stworzony pod długodystansowe bieganie, Kalisia to kolejny start, na którym jadłem i piłem niesprawdzone rzeczy i ani razu nic mi nie było, a przecież problemy żołądkowe to równie częsty powód schodzenia z trasy nawet najlepszych biegaczy, co kontuzje czy poddająca się głowa;

- przydałoby się popracować trochę nad mięśniami tułowia, których słabość dała mi się kilka razy we znaki.

Jeśli chodzi o to, w czym pobiegłem to na nogach miałem Hoki Clifton 3, jakieś zwykłem choć podobno biegowe, skarpetki, niemal 3-letnie opaski kompresyjne Compressport, niebieskie bokserki z Decathlonu, genialne spodenki Sensei marki Hoko (zaczynają się lekko pruć na szwie w kroku, będę płakał i chyba zacznę odkładać powoli na nowe - i TAK!, to kolejna rzecz, o której MUSZĘ w końcu napisać), bezrękawnik 3D Run Pro od Brubecka (zero otarć sutków czy innych części ciała), rękawki Kalenji (pierwszy raz na sobie, choć kupione ze dwa lata temu, rewelacja w takich warunkach pogodowych - rano zimno, potem coraz cieplej i wieczorem znów coraz chłodniej), kurtkę Dare2Be Fired Up Windshell (którą zdjąłem po 25 kilometrów i założyłem na ostatnie 15) oraz opaskę Dynafit (którą dostałem w pakiecie na III Biegu Śnieżnej Pantery), co stworzyło na ten start zestaw idealny!


Żywienie

Przed zawodami nie za bardzo mogłem znaleźć jakąkolwiek informację na temat tego, jak na tym kultowym biegu wygląda sprawa punktów odżywczych. Może za mało szukałem, może akurat google postanowiło nie iść mi na rękę i zmusić do zapytania kilku osób, od których dowiedziałem się w zasadzie tylko tyle, że na trasie są kanapki, banany, ciasteczka i herbata. I że można swoje rzeczy gdzieś postawić, postanowiłem więc, że przygotuję sobie takie (tylko podpisać zapomniałem!, na szczęście nikt się nie pomylił) i naszykowałem zestaw serwisowy na pełnym wypasie: w oddzielnym małym pudełku śniadaniowym suszone daktyle, w innym masło orzechowe wymieszane z olejem MCT i kokosowym, kilka różnych żeli, tubka z tabletkami typu saltstick własnej roboty (KOLEJNA rzecz, o której muszę napisać! :), łyżka do masła, kilka batonów Chia Charge, dwa batony proteinowe od Sante, trochę dekstrozy w pastylkach, półlitrową butelkę z kolą i kilka krążków chleba ryżowego.

Z samego rana zostawiłem to sobie w namiocie stojącym tuż obok mety, którą tego dnia miałem mijać aż siedem razy, by po 25 km wyjąć i postawić na jednym ze stołów rozstawionych tuż za punktem pomiaru czasu. Po każdej pętli łykałem dwa swoje domowe saltsticki (dwa łyknąłem też z odżywką białkową tuż przed spaniem i dwa do śniadania przed biegiem), co mimo kolosalnego zmęczenia oszczędziło mi po raz kolejny makabrycznego cierpienia związanego z kurczami mięśni, w jedną z kieszonek genialnych Sensei ładowałem żel, w drugą batonika, gryzłem kanapkę z żółtym serem i pomidorem, dwa chyba tylko razy sięgnąłem po masło, popijałem zawsze dość obficie (czyli min. cały kubek) czym popadło (choć tu akurat wybierałem raczej kolę, której na innych punktach nie było) i ruszałem na podbój kolejnego kółka, na którym żel wciągałem zazwyczaj już przed pierwszym punktem, a batonik lub pół przed drugim. 

Efekt? Chyba tylko raz poczułem lekki głód, gdy nie chciało mi się zjeść batonika, co nadrobiłem kanapką z salcesonem, zero kurczy i zero problemów z odwodnieniem czy - za przeproszeniem - sraczką :) Polecam taką strategię w całej rozciągłości...Przygnębiająca świadomość braku

Nowe znajomości i spotkania z rzadko widywanymi osobami "z branży" to bez wątpienia ważny element tego, by być którego dnia stać się znaną częścią polskiego świata ultra. Pewnie nawet ważniejszy niż regularne i rzeczowe teksty na blogu, popularny funpejdż na fejsbuniu czy wygranie od czasu do czasu zawodów w Koźlarce Mniejszej. I pod tym względem był to wyjazd ze wszech miar udany - w końcu osobiście poznałem Jacka Będkowskiego i Elę Rogóż, oficjalnie uściskałem się z Adamem Łączyńskim, ponownie spotkałem Pawła Żuka, ktoś zauważył mnie w koszulce z Leśnej Doby, kogoś zauważyłem ja i pewnie kiedyś przyjdzie nam się poznać, wspominając "pamiętam Cię z kaliskiej setki w 2017 roku..."

Wszystko ładnie, wszystko pięknie, ale patrząc w lustro i analizując wspomnienia, to dochodzę do wniosku, że udział w 33. Supermaratonie Kalisia to dla mnie najsmutniejsze i najbardziej przygnębiające zawody. Nigdy wcześniej umysł nie zadawał mi tylu pytań, nigdy wcześniej nie toczyłem ze sobą tak silnej wewnętrznej walki i nigdy wcześniej, nie zastanawiałem się tak mocno, dlaczego tak właściwie robię to, co robię, dlaczego tu przyjechałem, co mi to da w dalszym życiu, czy istnieje jakiś sens, którego być może tylko chwilowo nie dostrzegam...

Zaczęło się właściwie już podczas jazdy do Kalisza (choć akurat Jacek nie pozwalał mi na zbyt długie chwile odpływania myślami), kontynuowało podczas wieczornego zasypiania, uderzyło ze zdwojoną siłą z samego rana, gdy siedziałem w autobusie wiozącym nas na start i ze wszystkich sił starałem się zebrać choć trochę radości, optymizmu i chęci od otaczających mnie osób, by pojawiać się co chwilę podczas samych zawodów...

Najsmutniejsze jest jednak to, że znalazłem tylko dwie odpowiedzi, które co prawda wyczerpują teoretycznie temat, ale uwiera mnie właśnie owa "teoretyczność", wolałbym bowiem dostać praktyczne potwierdzenie, że to co zrobiłem w minioną sobotę naprawdę ma sens i nie powinienem rezygnować z tak długich startów...


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger