wtorek, 21 listopada 2017

Pierwszy keto-trening - KETOZA 2

Jakkolwiek głupio to brzmi poszedłem dziś w nocy pobiegać. Pierwszy raz w tej odsłonie ketozy, pierwszy raz po roztrenowaniu. Krótkim, bo zaledwie dwutygodniowym, ale i "sezon" nie był przecież taki, by odpoczywać po nim miesiącami. A jak było na bieganiu? Cóż... dziwnie to chyba najlepsze określenie.


Dziesięć kilometrów w pięćdziesiąt pięć minut. Przyzwoicie można by rzec, w końcu to pierwszy trening, początek srączek i w ogóle wiele osób to marzy o takiej formie, ale... brak w tym krótkim podsumowaniu jednej zmiennej: tętna. Oj, co tu się działo... Średnia 145, w porywach 153 i  maksymalnie 162 uderzenia na minutę. 162! Przecież 164 to mi rok temu pokazało w laboratorium, jak przy próbie wysiłkowej zawisnąłem na szelkach, a prawą stopę niemal urwała mi bieżnia... 

I jeszcze to dziwne uczucie, jakbym biegł w dużo gęstszym, stawiającym dość wyraźny opór, powietrzu. Głowa chce, płuca mogą, tempo w granicach 5:18 na kilometr, nogi tylko trochę drewniane, a mnie wydaje się, że stoję w miejscu. Próbowałem przyśpieszyć i choć zegarek twierdził, że tak faktycznie było, to moje "stanie w miejscu" wciąż nie ustępowało. W ogóle reakcja mięśni na obcięcie węgli to temat na oddzielne, i to dużo dłuższe, pisanie. Wrażenie jest takie, że choć wzrasta ukrwienie - tak "napompowanych" ud czy łydek nie miałem chyba od liceum - to sił niezbędnych do przyśpieszenia nie ma.

Ale od początku wiedziałem przecież, że nie będzie różowo. Że choć czuję się rewelacyjnie, umysł mam jasny jakbym w czaszcze miał zamontowane stadionowe halogeny, żołądek i jelita lekkie, to wydolność musi spaść, bo wielu już przede mną próbowało i jakoś nie czytałem nigdzie, by któraś z tych osób poprawiała już w pierwszym miesiącu ketozy swoje wcześniejsze osiągnięcia.

Ale żeby aż tak!? Patrzę ci ja w garminową historię i widzę czarno na białym, że piątego października pobiegałem sobie równie późno w nocy i przebiegłem 12 km niemal równo w 60 minut, a serduszko biło mi wtedy średnio 138 razy na minutę (154 bpm max, powodem tego jest jednak ostatni kilometr, który poleciałem w tak zwanego trupa). Różnica jest i to spora.

Żebym chociaż jeszcze dyszał i sapał dziś jakoś strasznie, płuca wypluwał i przystawał co pięćset metrów, żeby oddech uregulować. Nic z tych rzeczy! Cała godzinka oddychania przez nos, raz czy dwa zaczerpnąłem powietrza ustami, gdy gile zatykały mi mocniej którąś dziurkę. To skąd to tętno? Wiem, wiem, to dopiero drugi tydzień adaptacji, nie ma też pewności, że na pewno jestem w ketozie (może jeszcze w tym tygodniu dorwę się w końcu do glukometru i pomierzę wszystkie te ciała), organizm się wciąż przestawia, do tego pierwszy trening od dwóch tygodni, po wczorajszej siłowni... Jak to mówią, czas pokaże więcej niż by się chciało zobaczyć... :)

PS Lekki ból prawego Achillesa pojawił się już po trzecim kilometrze, nie pogłębiał się jednak ani podczas treningu, ani bezpośrednio po nim, myślę więc, że niebezpieczeństwo grożące mi z tej strony zostało chwilowo zażegnane. 

PSS Odżywka z olejem MCT już wypita, czas na spanko, jednak wcześniej całkiem miła część każdej ostatniej nocy, czyli... BHB

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger