czwartek, 30 listopada 2017

Pierwszy miesiąc ketozy - wspomnienia ultrasa :)

To będzie ciężki test. Co prawda ketony są, ale cukier skacze, tętno szaleje, nogi nie podają, tłumaczenie się wlecze... I gdyby nie ten niesamowity stan ciągłej wewnętrznej euforii, od której chce mi się wyć z radości i podskakuję przy każdej okazji, to pewnie rzuciłbym te całe tłuszcze w cholerę i na powrót zaczął żreć batoniki, nutellę i buły z twarogiem...


Wiem, że jest za wcześnie, by sugerować się cyferkami. Że to dopiero początek drogi, że organizm wciąż na pewno nie pozbierał się jeszcze po szoku, jakim było dla niego obcięcie węgli - poza tym umówmy się, nie jestem z tych, co na zawołanie mogą powiedzieć, ile gram węglowodanów wczoraj zjedli - że wciąż wiele rzeczy przede mną do dopracowania, że nie mogę wariować, że muszę uzbroić się w cierpliwość i robić swoje... Ja to wszystko naprawdę wiem. Naprawdę! Ale co z tego, skoro cierpliwość to jedna z tych cech, do stworzenia których moim genom nieco zabrakło :)

Wybrałem się więc wczoraj na pobieganie. (Odliczając setkę w Kaliszu z początku miesiąca przebiegłem w listopadzie 59 km, wczorajszy trening był czwartym na tłuszczu i czwartym w ogóle od setki.) Zgodnie z nowym planem, zakładającym, że treningi robię wcześniej, nie koło północy, jak dotychczas, czyli po skończonej pracy, ale o 21:30, czyli przed pracą, a właściwie to przed drugim jej etapem. Że tętno wzrosło mi średnio o 10 bpm to wiedziałem. Tak samo jak to, że wydolność na początku ketozy tragicznie spada. Ale wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego uczucia, które pojawia się jeszcze zanim skończę pierwszy kilometr biegu. Jakby mięśnie nóg, a właściwie to same czworogłowe uda zmieniały się na przemian to w watę, to w drewno, to znów w mięśnie. I tak przez całą godzinę, choć im więcej czasu upływało tym częściej miałem wrażenie, że okresy słabości stają się coraz krótsze. Co nie wiązało się niestety z odzyskiwaniem mocy - tej w zasadzie jak nie było od początku, tak nie pojawiła się do samego końca.

Fajnie za to "czuć" mięśnie zarówno w trakcie dnia, jak i na siłowni. Trochę tak, jakbym cały czas miał lekko "napompowane" nogi i ręce. Aż się chce podnieść jakiś ciężar, napiąć bicka czy wspiąć się na palce, żeby te moje końskie łydy rozsadziły spodnie :) Dziś też miałem poćwiczyć z ketlami - w weekend z O. na siłowni, w środku tygodnia w domu - ale samo już pisanie tego wpisu zajmuje tyle czasu, że pewnie na kilka innych rzeczy, które mam zaplanowane już nawet nie wystarczy. 

W końcu mam glukometr. I paski. Glukometr to Xido Neo, a paski i do glukozy i do ciał ketonowych. Pierwszy pomiar dwa dni temu wieczorem - cukier 101 mg/dL. Szczęka mi opadła. Aż tyle?, dziwię się i od razu wpadam w karuzelę wątpliwości: pewnie za dużo białka, a może to nabiał tak na mnie działa, co jadłem?, to jestem w ketozie, czy nie jestem? Pytam Sebastiana z Dieta to nie wszystko, co robić, to znaczy, kiedy najlepiej mierzyć i cukier i ketony, "najlepiej tuż przed spaniem, a potem na czczo, jeszcze przed poranną BPC", odpowiada, więc mierzę jeszcze tego samego dnia, ale już trzy godziny później, koło drugiej w nocy i tym razem cukru we krwi mam już 96 mg/dL, a ciał ketonowych 1,2. Pomiar poranny to cukier 89, ketony 1,3, co Sebastian komentuje krótkim "elegancko", a ja upojony tym sukcesem zapisuję dokładnie wszystko, co jem przez cały dzień i jest fajnie, bo jest tłusto, a ja czuję się świetnie i tego świetnego humoru nie psuje mi nawet to dziwne uczucie w nogach, przez które wydaje mi się, że nie biegnę a brodzę w jakimś rozrzedzonym kiślu i że mięśnie w udach podmienił mi ktoś na kłębki waty. To właśnie jest jak na razie w ketozie najbardziej cudowne - ciągły uśmiech, dobry humor, same pozytywne myśli, bo nawet jeśli zaczynam myśleć o tym, że Starting Strength jest książką wymagającą naprawdę olbrzymiego nakładu pracy, to od razu mówię sobie, że przecież to w klimatach mojej młodości jest, że sam proces tłumaczenia przebiega sprawnie, trzeba tylko dokładnie wczytać się w szczegóły, czasem coś sprawdzić, że nie ma wodolejstwa i w ogóle to nie ma się co martwić, bo i tak wszystko wyjdzie super, jak zawsze zresztą i tylko cieszyć się trzeba, że jest praca i że przynosi ona dużo satysfakcji. Pomiar po treningu: cukier 90, ketonów nie mierzyłem. Dziś rano: cukier 88, ketony 1,8, co było do przewidzenia, przecież tętno znów podeszło mi pod 160, średnie miałem 149, aodpoczywać mi garmin kazał przez 55 godzin.

A dziś Andrzej poczęstował nas ciastem, zjadłem może z 60 gramów i cukier wystrzelił na 111, po czym zjadłem u mamy trochę leczo na wieczór i samego mięsa mielonego do spagetti, ale z sosem jakimś pomidorowym i godzinę później cukru miałem już 119, ketonów 0,8 i stwierdzam, że pier!@S#$lę, nie jem już takich rzeczy, przynajmniej na razie, niech ta adaptacja przebiegnie prawidłowo, niech potrwa jeszcze z miesiąc, albo chociaż do świąt, w święta to zjem trochę ciasta, tak dla smaku, bo nie ciągnie mnie nic a nic, ale tak głupio jakoś w święta nie zjeść kawałka "królewskiego" przecież, no i będzie wtedy trochę czasu na to, by więcej biegać...

Ale najważniejsze na początku tej całej ketoadaptacji to nie przejmować się żadnymi cyferkami i liczbami, prawda? :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger