poniedziałek, 13 listopada 2017

Pierwszy tydzień drugiego razu - KETOZA 1

Ketoza podejście drugie. Tym razem jednak plan jest taki, by zrobić to z tak zwaną głową, czyli z pomiarami wszelkimi, suplementami i pomocą ludzi dużo bardziej w tym temacie ogarniętych. Plany są, motywacja jest, ostatnie "piątki" ze słoika wydane... w sumie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na efekty :)



"Nie ma lipy!", jakby to powiedział pewien gość słusznych rozmiarów, dawno bowiem nie czułem tak silnego przekonania o tym, że wybrałem prawidłowy korytarz i że zamiast wpaść po ciemku w dół najeżony zaostrzonymi palami dotrę jednak do komnaty, na środku której będzie na mnie czekał święty Graal sportowców wytrzymałościowych, zapracowanych tłumaczy i tatusiów nie mających czasu na zabawę z własnymi dziećmi.









Dziś ogólnie tylko, nie mam czasu rozpisywać się na temat tego, czym jest ketoza czy dieta ketogeniczna, na czym to polega i dlaczego ciała ketonowe są lepszym źródłem energii niż glukoza. Z drugiej strony to nawet chyba nie chcę, UD nie jest bowiem przecież blogiem-poradnikiem, a raczej blogiem-pamiętnikiem i mogę co najwyżej pisać o tym, jak się czuję, co dziś zjadłem i dlaczego smakuje mi kuloodporna kawa (BPC od "bulletproof coffe), nawet jeśli zamieszam ją tylko łyżką, a nie zmiksuję w blenderze.


No więc niemal całkowicie wyeliminowałem z diety węglowodany. Nie wiem dokładnie, jak to moje jedzenie rozkłada się na ilość białka, tłuszczy czy węgli, czekam dopiero na dokładną rozpiskę od dietetyka, który ma mi pomóc w ułożeniu podstaw - żarcie plus suplementacja - nie stać mnie bowiem na comiesięczne płacenie mu za coś, czego boję się, że nie wykorzystam, łatwiej mi bowiem zjeść pół serka typu brie, bo tak zakłada moja rozpiska, niż gotować boczek z brokułami i polewać go sosem jakimś, którego zrobienie zajęłoby mi z pół godziny, a więc o dwadzieścia sześć minut za długo...

Ważyłem się też dzisiaj na urządzeniu firmy Tanita, model jakiś półprofesjonalny, wiarygodny ponoć, bo taki z uchwytami, które trzeba trzymać w dłoniach. Wyszło mi coś takiego:

waga: 77,9
BMI: 22,8
% tłuszczu: 6,5
% nawodnienie: 68,4
masa mięśni: 69,3 kg
ocena fizyczna (1-9): 8
masa kości: 3,6 kg
metabolizm spoczynkowy: 2079 kcal
wiek metaboliczny: 26
% tłuszcz trzewny: 2


Jest więc nieźle, choć na przykład masa moja trochę mnie zaskoczyła. Pomiar był robiony na czczo, już po siusianiu, ale wciąż przed BPC czy poranną szklanką wody z solą i to po trwającej 14 godzin przerwie między posiłkami. Domowy sprzęt pokazał mi dzień wcześniej ponad kilogram mniej, dawno już nie czułem się tak szczupło i byłem przekonany, że ważę dużo mniej niż 77 kg.

Wciąż najgorsze w ketozie wydaje mi się być odstawienie wszystkiego, czego jedzenie sprawiało moim kubeczkom smakowym i mózgowi największą radość. Ciasto czekoladowe, ryż z warzywami, ziemniaki, batoniki Chia Charge to tylko niektóre z rzeczy, których nie wolno mi już bezkarnie podjadać. Bezkarnie, czyli bez ograniczania się i świadomości, że jak zjem jeszcze jedną porcję, to na pewno wyrzuci mnie z ketozy...

I nie chodzi o to, że mój uzależniony od węglowodanów mózg domaga się kolejnej działki, a moje pozbawione cukru ciało wije się w konwulsjach. Minęło raptem kilka dni, a ja już mogę patrzeć na słodkie czy upieczone z mąki bez natychmiastowej chęci, by wpakować tego czegoś jak najwięcej do rozwartej paszczy. Po prostu wciąż pamiętam, jak dobra jest chrupiąca bułka, nutella czy naleśniki z dżemem i świadomość tego, że mogę co najwyżej ugryźć kęs lub dwa (jak przejdę już proces keto-adaptacji) napawa mnie leciuteńkim smutkiem...

Nie ma co jednak płakać tylko myśleć o tym, po co się tak męczy. Co nie jest trudne, cel bowiem mam dość jasno nakreślony: sprawdzić, czy naprawdę będę miał więcej energii, czuł się lepiej, dalej biegał (dalej lub dłużej, proszę zauważyć, że nie chodzi mi o szybkość i łamanie trójki w maratonie, choć i to podobno jest w ketozie możliwe, trzeba tylko dobrze zaplanować cały proces, ketoza nie oznacza bowiem, że już do końca życia nie możesz zjeść dziennie więcej niż 30 gramów węgli) i mógł pracować czy trenować po nocach. Bo jeśli tak i dzięki temu nie tylko przetłumaczę bez problemów kolejną książkę, nad którą właśnie rozpocząłem pracę, a w Rudzie Śląskiej w kwietniu złamię 10 godzin na 100 kilometrów, a następnie dokręcę jeszcze z 15 przed ostatnie dwie godziny zawodów to zostaję przy tym sposobie odżywiania, a właściwie to całym stylu życia, będzie to znaczyło bowiem, że jest to coś wyjątkowego i choćby skały srały, to ja sprawię, że mój starszy syn przestanie kręcić z rozbawieniem głową, gdy mówię mu, że będzie na kolację jadł masło zamiast żelków.

CDN

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

Ultra Dystans Copyright © 2011 -- Template created by O Pregador -- Powered by Blogger